Urodziłam się w Wigilię

Urodziłam się w Wigilię

Chcąc wprowadzić trochę świątecznej tematyki, chciałam dzisiaj przytoczyć krótką (tak myślę) anegdotę z mojego życia :)

Wigilia - dzień dość wyjątkowy, zwłaszcza dla naszego narodu. Wszyscy przed tą datą szukamy pomysłów na sprawienie radości swoim bliskim oraz planujemy spędzenie świątecznej kolacji w rodzinnym gronie co, umówmy się, w dzisiejszych "szybkich" czasach nie jest łatwe do zorganizowania.

Dwadzieścia parę lat temu, gdy moja Mama pakowała 24 grudnia rano prezenty, nie spodziewała się, że właśnie tego dnia prezentem będzie ktoś, kogo jeszcze tak szybko się nie spodziewała. Na pewno wiecie już, że chodzi o mnie :) Tak się złożyło, że chyba na wieczerzy chciałam być już poza brzuchem, ale nie przemyślałam tego dobrze, bo dwa dni trzeba było zostać jeszcze w szpitalu.




Ale do rzeczy - tak jak wspomniałam, Wigilia Bożego Narodzenia to dość wyjątkowy dzień, jednak nikt nie zabronił tego dnia rodzić dzieci. A mam wrażenie, że czasami niektórzy ludzie tak myślą. Często słyszę:

"Urodziłaś się w Wigilię? Naprawdę?!" 

Naprawdę :) Nie kłamię. 24 grudnia też można się urodzić. 


"Pewnie dostajesz jeden prezent na dwie okazje."

To stwierdzenie pada zazwyczaj jako następne. Akurat jakoś tak się złożyło, że rodzina zawsze dbała o to, żeby nie była poszkodowana z tego powodu. Dostawałam albo dwa prezenty albo też jeden, ale bardziej wypasiony. Teraz, gdy wszyscy w rodzinie są już dorośli i dzieciaci uznaliśmy, że nie ma sensu wymyślać na siłę prezentów dla dorosłych i szykujemy je tylko dla dzieci.

Podoba mi się data mojego urodzenia - zapada w pamięć. Kiedyś cierpiałam tylko trochę jako dziecko, bo nie mogłam w szkole rozdać dzieciakom urodzinowych cukierków :) Szkoła się skończyła - problem się rozwiązał! 

Wydaje mi się, że gorzej mają osoby urodzone 1 listopada (dość smutne święto) lub 29 lutego, choć znam osobiście dwa takie przypadki, które organizują sobie imprezę zarówno 28 lutego jak i 1 marca :) tylko kiedy dzwonić do nich z życzeniami? 



Moi drodzy, weźcie proszę ten tekst z przymrużeniem oka. Na pewno czytając go wiele z Was nie pomyślało tak jak osoby, które opisałam, ale chciałam tylko przytoczyć sytuacje, które często mnie w tym wypadku spotykały. 

Urodzeni w Wigilię i inne święta / nietypowe dni ręka do góry! A wy kiedy się urodziliście? 

 
Lęk przed prowadzaniem auta | Muzyczny kalendarz adwentowy #6 i #7

Lęk przed prowadzaniem auta | Muzyczny kalendarz adwentowy #6 i #7

W ostatnim poście pisałam o powrocie do pracy po urlopie macierzyńskim. Ujawniłam swoje obawy co do konieczności dojeżdżania do firmy samochodem, bo choć prawo jazdy mam już od przeszło 8 lat, to jedyne moje doświadczenie w kierowaniu sprowadzały się do jazdy późnym wieczorem / w nocy i na bardzo krótkich dystansach (max. 15 km). Z czasem, gdy tylko nadarzały się okazje, nie chciałam prowadzić. Po tak długim czasie przestałam mieć do siebie zaufanie i po prostu zaczęłam się bać, zwłaszcza przy większym ruchu.

Choć od 3 lat mieszkam na wsi, gdzie komunikacja miejska jest wiadomo jaka, to miałam do pracy, lekarza i sklepów bardzo blisko piechotą. Od roku mieszkam na jeszcze większej wsi, gdzie nie ma praktycznie nic, ale dojazd do pracy rowerem to chwilka, a zimą można byłoby się przemęczyć busem. Okazało się jednak, że w trakcie mojego urlopu macierzyńskiego firma, w której pracuję, zmieniła siedzibę. Też niedaleko, ale już brak jakiekolwiek połączenia komunikacyjnego oraz dogodnej trasy rowerowej sprawił, że auto stało się koniecznością.

Na początku byłam zła. Nie dość, że trzeba kupić samochód, co jest dużym wydatkiem, to jeszcze koszty utrzymania nie są małe. Kwestię mojego strachu stawiałam na drugim miejscu, bo skoro jeździć trzeba to trzeba - miałam nadzieję, że wraz z doświadczeniem strach będzie malał. I tak faktycznie jest, choć wiem, że dobrym kierowcą nie jestem i nigdy nie będę, bo po prostu tego nie czuję.



Jak to mówiła moja instruktorka nauki jazdy - prawo jazdy jest dla każdego powszechnego zjadacza chleba. Większość osób prowadzi samochód i patrząc na nich nie mam wrażenia, aby ktokolwiek bał się jeździć autem albo miał jakiś problem z jeżdżeniem. Fakt - są ludzie, którzy jeżdżą mniej lub bardziej bezpiecznie, lepiej mają opanowany pojazd lub gorzej, ale to wygląda tak naturalnie jak jazda rowerem. W tym momencie zastanawiam się co jest ze mną nie tak. Wsiądę w samochód i powiem sobie, że przecież to nic takiego. W końcu zdałam to prawko, znam zasady ruchu drogowego, wiem jak zmieniać biegi. Wchodzę w samochód i panika. Lewa noga drży, serce kołacze. W głowie mam milion scenariuszy, które mogą się wydarzyć po drodze - pieszy zajdzie mi drogę, ktoś wyjedzie mi przed maskę, cofając nie zauważę i uderzę w inne auto, nie zmieszczę się na miejscu parkingowym (a weszłyby 3 ciężarówki), będę za wolno jechać i mnie strąbią... I odechciewa mi się wszystkiego.

Znam pojedyncze osoby, które mają podobną fobię i nie rozumiem ich tak samo jak nie rozumiem siebie. 

Im dłużej jeżdżę tym strachu jest trochę mniej, ale za każdym razem, gdy wychodzę rano do pracy, wieczorem z niej wracam, muszę jechać z Młodą do lekarza lub do sklepu po bułki wciąż nie czuję się pewnie i komfortowo.

Nie hejtujcie mnie za to, bardzo proszę.

 Poradźcie lepiej jak sobie z tym poradzić? Ile jest osób z taką ułomnością? 


No dobra, to teraz nadrabiamy piosenki świąteczne :)  

Dzisiaj na przystawkę trochę tematycznie - "Driving home for Christmas" Chris Rea:


 Utwór z 1986 roku, a inspiracją do jej powstania był korek samochodowy, w którym utknął autor tekstu wraz z żoną. Tekst tej piosenki powstał dużo wcześniej, zanim została nagrana. 

A na deser - Frank Sinatra i "Jingle Bells". I tu chyba nie trzeba nic więcej pisać:) 


 
Powrót do pracy po macierzyńskim| Muzyczny kalendarz adwentowy #4 i 5

Powrót do pracy po macierzyńskim| Muzyczny kalendarz adwentowy #4 i 5

Moi drodzy.

Opuściłam się, bo  obiecałam codziennie wstawiać jedną piosenkę świąteczną, a tu wystarczył pierwszy dzień pracy i już nie udało mi się ogarnąć tak prostej rzeczy... Nic jednak straconego - na samym końcu czekają na Was dwa moje hity grudniowe.






Wczoraj był mój pierwszy dzień pracy po roku urlopu macierzyńskiego. Miałam duże obawy, jak pewnie nie jedna kobieta. Podejrzewałam, że największym wyzwaniem będą dla mnie 3 rzeczy:

1. powrót do obowiązków w pracy
2. dojazd autem
3. rozstanie z córką

Po dniu wczorajszym doszłam do szybkiej weryfikacji powyższych obaw i jak się okazało z wykonywaniem dawnych obowiązków nie ma najmniejszego problemu, z jazdą samochodem radzę sobie o tyle, że dojeżdżam z punktu A do punktu B w jednym kawałku, a najbardziej doskwiera mi rozłąka. Mała całe szczęście dobrze zniosła wczorajsze rozstanie na 9 godzin, ale mamy to szczęście, że póki co może z nią zostać Babcia. Trochę mnie ukłuło to, że w ogóle za mną nie tęskniła.... Oczywiście ucieszyła się na mój widok, ale brak mojej osoby nie zrobił na niej żadnego wrażenia. No ale lepiej tak, niż się martwić, że siedzi tam niespokojna i płacze. Kiedyś pewnie przyjdzie czas, że pójdzie do żłobka, ale myślę, że tam też sobie poradzi.

Drogie Mamy - pytanie do Was. Jak Wy zniosłyście rozłąkę z Waszymi Pociechami po powrocie do pracy? Ja dzwoniłam wczoraj co godzinę na kontrolę... 


A teraz obiecane piosenki świąteczne z mojego kalendarza adwentowego

 Dzisiaj serwuję Wam polskie klimaty. Blue Cafe - Święta w Nas. Taka delikatna, łagodna nuta :) Lubie ten zespół, a ich klimat pasuje do świątecznego okresu.
  
Margaret - Coraz bliżej święta. Kto nie kojarzy piosenki z reklami Coca Cola :) Miło jej posłuchać w języku polskim i to jeszcze w wykonaniu charyzmatycznej Margarety!

 

ZOO świeci pustkami | Morderstwo w Orient Expressie | Muzyczny kalendarz adwentowy #3

ZOO świeci pustkami | Morderstwo w Orient Expressie | Muzyczny kalendarz adwentowy #3

Dzień dobry lub też dobry wieczór Państwu. Pora już późna, ale blog ma to do siebie, że można czytać go w każdej dogodnej chwili :)

Co ciekawego działo się w ten weekend? 

Pierwszy raz od dawna mieliśmy nieco luźniejsze plany, dlatego postanowiliśmy zadbać o jakieś atrakcje dla Młodej (lat jeden). Choć był zaledwie jeden stopień to pogoda była ładna i świeciło słońce. Zamiast standardowego spaceru postanowiliśmy zwiedzić starego ZOO w Poznaniu. Nazywają je starym dlatego, że jest to najdłużej działający Ogród Zoologiczny w Polsce. Jego historia jest bardzo ciekawa, dlatego zachęcam do jej zgłębienia. W tej chwili jest to bardzo małe ZOO, ale za to idealne dla małych dzieci. Znajdują się w nim m. in. osiołki, owce, lemury, skunksy. gady, płazy, ptactwa i małpy. Wstęp jest bezpłatny.


Zwierzak, który się nie schował
Ziuziający skunksik


Pies bez oczu z rogami

Mała dzidzia
Atrakcja średnio się nam udała - dużo zwierzątek schowało się przed zimnem lub poszło spać. Całe szczęście udało nam się zobaczyć małpki, bo wesoło sobie hasały, jednak Młodej nie do końca małpowanie podeszło, bo akurat w tym najciekawszym momencie się rozpłakała... Cała reszta natomiast jej się podała, poza złapanym i trwającym do tej pory kaszlem.


Wieczorem udało nam się namówić Babcię na służbę i ruszyć na wspólny pierwszy raz od dawna wypad do kina. Po głębokiej selekcji zdecydowaliśmy się na "Morderstwo w Orient Expressie" na podstawie kryminału Agathy Christie.

 Czytałam kiedyś jej książki, ale nigdy nie widziałam powiązanych z nimi filmów. Nie spodziewałam się niczego specjalnego, bo przeważnie zawodzę się na filmach. Oczywiście pojawiła się tam najbardziej znana z jej książek postać - detektyw Herkules Poirot. Na początku jego postać mnie denerwowała, bo wydawała mi się zbyt wydumana i przerysowana, jednakże idealnie wpasowała się w całą historię. A historia dotyczyła oczywiście morderstwa. Morderstwa dokonanego podczas podróży Orient Expressem. Zwroty akcji były nagłe, historia pogmatwana, a odkrycia zaskakujące, czyli wszystko tak jak u Christie bywa. Obsada bogata, bo pojawił się tam Johny Depp, Penelope Cruz, Judi Dench, czy Michelle Pfeiffer. Byłam bardzo mile zaskoczona i zadowolona, bo oprócz samej fabuły miło było też na ten film patrzeć. Mogę szczerze go polecić, zwłaszcza osobom, które lubią kryminały.

Dzień dzisiejszy, czyli niedziela, zleciała nam powoli. Mamy już wieczór, a mnie czeka jutro dość ciekawy dzień i spora zmiana, ale o tym innym razem.

Aha!

Pewnie myśleliście, że zapomniałam o moim muzycznym kalendarzu adwentowym. Otóż nic takiego - na wieczór mam dla Was coś wyjątkowego. Jeden ze świątecznych utworów zespołu muzycznego Pentatonix:


Pentatonix to zespół znany z utworów, a raczej coverów znanych piosenek, które śpiewają a capella. Każde z nich ma piękny, przeszywający i czysty głos, a ich interpretacja popularnych piosenek jest miażdżąca. Pierwszy cover jaki usłyszałam to "Radioactive" zespołu Imagine Dragons. Pokochałam też ich piosenki świąteczne, bez których nie wyobrażam sobie grudniowego repertuaru.

Moi Drodzy, a jak minął Wasz weekend? Pod kocem z herbatką czy aktywnie?
Muzyczny kalendarz adwentowy #2

Muzyczny kalendarz adwentowy #2

Witajcie w drugim dniu mojego muzycznego kalendarza adwentowego. Jeśli nie wiesz co to zapraszam do postu, gdzie wyjaśniam ideę muzycznego kalendarza adwentowego.


Póki co nie dzieje się u mnie bardzo świątecznie, ale już na dniach zadbam o parę akcentów w domu oraz rozejrzę się za zielonym drzewkiem. Podzielę się tym z Wami, gdy będą już konkrety, a teraz jestem Wam winna kolejną piosenkę świąteczną :)

Z okazji soboty zaserwuję coś mniej znanego, śmiesznego i trochę przekornego - Stan Freberg "Nuttin' for Christmas".



Ta piosenka też ma swoje lata, bo powstała w 1955 roku, a jej autorami byli  Sid Tepper i Roy C. Bennett. Powstało kilka jej wersji wykonywanych przez różnych artystów, jednak ta śpiewana przez Stana Freberga ma moim zdaniem wyjątkowy urok. Śmieszny utwór o chłopcu rozrabiaku, który doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nie dostanie przez swoje figle nic na święta. Ten nosowy głos wygrywa!

Znaliście już tę piosenkę? Spodobałam Wam się? A może nie gustujecie w tego typu śmiechostkach?
Muzyczny kalendarz adwentowy #1

Muzyczny kalendarz adwentowy #1

Ho ho ho!

Mamy już grudzień, mamy i śnieg. Patrząc na ostatnie lata i częstotliwość jego pojawiania się myślałam, że z każdym kolejnym rokiem będzie go uświadczyć coraz trudniej. A tutaj proszę - wszyscy łącznie z drogowcami zaskoczeni. Lubię śnieg i pewnie cieszyłabym się z niego bardziej, gdyby nie to, że wracam do pracy, do której będę musiałam jeździć autem, a jestem raczej niedoświadczonym kierowcą. Ale nie z tym do Was dzisiaj przychodzę.

Kilka lat temu na swoim prywatnym facebook'u prowadziłam taki projekt: każdego dnia grudnia aż do Wigilii miałam zamiar wrzucać jedną piosenkę świąteczną. Akcja cieszyła się jako takim powodzeniem, ale mnie zabrakło czasu i nie dotrwałam do 24 dni. W tym roku chcę to naprawić i poprowadzić ją na blogu :)




Mój cel to wprowadzenie Was w dobry, świąteczny nastrój, ale też zachęcenie do dołączenia w zabawie i pokazywanie Waszych ulubionych świątecznych piosenek.

 Dzisiaj, pierwszego dnia grudnia (i to jeszcze na piąteczek) polecam do posłuchania klasyka klasyków piosenek świątecznych. A jest nim....

>>odgłos bębnów budujących napięcie....<<

oczywiście "Last Christmas" zespołu Wham!


Zna każdy, większość zapewne lubi. Powstała lata temu, bo w 1984 roku i od tego czasu nucimy ją pod nosem, gdy grudniową porą wyciągamy blachę z pachnącymi piernikami lub gdy ślęczymy nad pakowaniem prezentów. Teledysk z uroczymi szwajcarskimi widokami, fuuuuurą śniegu, przytulnym drewnianym domkiem w każdym budzi skojarzenie ze świętami. Przyznam, że lubię tę piosenkę odpalić nawet daleko od sezonu świątecznego :)

A jakie są Wasze ulubione piosenki świąteczne? Stroicie nimi swój dom przed świętami?
Kawa o smaku miłości

Kawa o smaku miłości

Muszę pochwalić mojego męża. A raczej prezent od niego.

Moje urodziny zbiegają się ze świętami, więc dla rozłożenia budżetu mąż daje mi prezent urodzinowy dużo wcześniej - miesiąc, czasami nawet dwa. Tym razem okazję stworzyły mu dwie okoliczności - odpowiedni asortyment w sklepie i możliwość spełnienia mojego marzenia.

Dla jasności - mój mąż nie ma ani krzty romantyzmu w sobie. Wparował parę dni temu po pracy do domu i rzekł "Ubieraj się. W Lidlu widziałam fajny ekspres do kawy - kupię ci na urodziny". Jakkolwiek by te słowa nie zabrzmiały to ich znaczenie wprawiło moje nogi w tupot radości jak u nastolatki. Okazało się, że to chodliwy towar i dostaliśmy go dopiero w trzecim z kolei odwiedzonym Lidlu. Do tego dokupił jeszcze worek dobrej kawy i młynek do jej mielenia. Można by pomyśleć, że sam na tym skorzysta. Tylko że on nie jest kawoszem - pije kawę może raz na miesiąc. Teraz pewnie trochę częściej, bo ta maszyna robi naprawdę dobrą kawę.

A ja nie muszę już tylko marzyć o dobrej kawie z pianką, gdy zapragnę jej  o godzinie 22. Mogę po prostu wstać i ją sobie zrobić. I smakuje pysznie. Bo smakuje miłością. I spełnionym marzeniem.

Pierwszy rok mojego macierzyństwa

Pierwszy rok mojego macierzyństwa

Zabieram się do tego wpisu już od dobrych kilku dni i przez to nie wrzucałam nic innego. Ciągle coś zmieniam, dodaję, usuwam czasem niektóre zdania, a czasem całe akapity. Poza tym co napisać, zastanawiałam się jak to przekazać. Koniec końców uznałam, że napiszę to tak po prostu. Tak było i jest.

Moje macierzyństwo oficjalnie zaczęło się pewnej listopadowej soboty, choć w zasadzie czułam się matką już znacznie wcześniej. Późnym wieczorem, po "odrobinie" wysiłku zobaczyłam tak długo wyczekiwany czarny łepek na moim brzuchu. Usłyszałam pierwszy płacz i hasło pielęgniarek "2840 gramów i 10 na 10 punktów". Doskonale pamiętam, co wtedy czułam. Nie była to wcale wielka radość, fala miłości czy super szczęście. Cieszyłam się bardzo, że wszystko poszło zgodnie z planem, ale główne uczucie jakie mi towarzyszyło to ogromna ciekawość. Ciekawość tego, co będzie dalej.



Następnego dnia przyszła ekscytacja - to naprawdę się wydarzyło! Ona jest już tutaj ze mną. Jest śliczna i grzeczna. Od tej pory zaczęły się pierwsze wyzwania dla świeżo upieczonej mamy.

Pierwsze przewijanie. Przed porodem, zastanawiałam się, czy będę potrafiła tak małe i delikatne stworzenie pielęgnować tak, żeby nie zrobić mu krzywdy, choć wiele małych dzieci już w swoim życiu "przerobiłam".  Jednak gdy tylko musiałam to zrobić to doskonale wiedziałam jak, co i gdzie. Po prostu to czułam. Czy to instynkt?

Pierwsze karmienie. Nie było łatwo - próbowałam ją przystawiać do piersi, ale niekoniecznie potrafiłyśmy się zgrać i nic z tego nie wychodziło. Dopiero po ok. 20 godzinach od porodu, gdy przyszła położna na wieczorne kąpanie niemowląt, pokazała co jak, żeby dziecko załapało. No i udało się! Odrobinę bolało, ale byłam zadowolona, że opanowałyśmy tę sztukę, bo bardzo zależało mi na karmieniu piersią. 

Na oddziale nie mogłam specjalnie pospać. Razem ze mną w pokoju były 4 inne kobiety z noworodkami, które jak to noworodki często płakały. Jak tylko przysnęłam to zaraz budziłam się sprawdzić, czy to moje dziecię tak płacze. Ale nie - ona płakała tylko przy tym jak ktoś ją budził do kąpieli czy przewijania. Budziła się też czasem jak przyjechał nas odwiedzić tatuś.

Pierwsza wyprawa - podróż do domu. Milion myśli - czy spodoba jej się łóżeczko? Czy wygodnie będzie jej w rożku? Czy na pewno mamy wystarczającą ilość pieluszek tetrowych? Czy będzie ciągle płakać?

Tak wyglądały początki. Muszę przyznać, że pierwsze 4 miesiące były naprawdę... łaskawe. Młoda mogłaby cały czas spać, a ja musiałam przez pierwszy miesiąc nastawiać budzik co 3,5h, żeby ją obudzić do przewinięcia i nakarmienia. Pamiętam jak dziś, kiedy przychodziła ta pora wybudzania i mąż próbował robić to delikatnie mówiąc do niej "Halo panienko. Budzimy się. Pora wstawać. Haaaaloooo - jedzonko czeka".  Jak to wspominam to wydaje mi się to mega zabawne :)  Karmienie piersią szło nam gładko - czułam trochę bólu tylko przez pierwszych 4-5 dni, a później sama przyjemność. No i ważna rzecz - gdy przestałam ją wybudzać przesypiała caluśką noc. Nawet nie wiem kiedy, spłynęła na mnie wielka fala miłości.




Później w ciągu dnia zaczęła być bardziej czujna i wymagająca. Trzeba było się przestawić. Bardzo intrygujące było nabywanie nowych zdolności - pierwsze łapanie zabawek w dłonie, wydawanie nowych dźwięków, nowe miny. Gdy miała 6 miesięcy przyszedł czas na pierwsze wakacje nad morzem. Niestety raczej jej się nie podobało - dużo jeżdżenia, spanie w innym miejscu, ciągle chodzenie, jeżdżenie i zwiedzenie. Nawet nie wiedziałam, że potrafi tak marudzić. Po powrocie do domu czuła się naprawdę szczęśliwa.



 Tyle że od tego czasu trochę się "spsuła" - zaczęła się budzić 3-4 razy w nocy na jedzenie. Po kolejnym miesiącu potrafiła się obudzić o 4 lub 5 rano i nie spać 2-3 godziny. Masakraaaaaaa. A było milion potencjalnych powodów takiego zachowania - pierwszy ząbek, rozszerzenie diety, skok rozwojowy, letnie upały...

W tak zwanym międzyczasie przybywały kolejne zdolności - samodzielne siedzenie, jedzenie, pierwsze "tata" i pierwsze "mama". Pokazywanie "jaka jestem duża" i kręcenie głową i mówienie "nie, nie, nie!". Szczerze, to zawsze jak z nią przebywam to mogę na nią patrzeć i ciągle się jarać jaka ona jest fajna. Będąc pewnego razu u pediatry dowiedzieliśmy się, że jest emocjonalnie i psychicznie dojrzalsza, niż wskazywałby jej wiek. Pomyślałam sobie wtedy - geny. Tylko potem przypomniałam sobie, że fizycznie jest raczej do tyłu - jak na 10cio miesięczne niemowlę, które jeszcze samo nie siada, nie raczkuje i dopiero zaczyna pełzać to średnie osiągnięcie. Butelkę z piciem też potrafi sama złapać, ale po co, jak ktoś może ją przytrzymać pod nosem. Lenistwo i tyle. I to niestety też geny. 



Jakieś 3 tygodnie temu trochę musztrowania i trochę chęci i nasza gwiazda zaczęła siadać. Teraz coraz częściej próbuje się podnosić, ale choć nie jest ciężka to tego tyłka nie potrafi unieść. Wciąż nie raczkuje, ale porusza się w ciekawy sposób - na pupie. Jak mały orangutan. 



Aż ciężko uwierzyć, że za parę dni będzie obchodzić swoje pierwsze urodziny. Tak to szybko minęło. Muszę przyznać, że macierzyństwo to niesamowita sprawa. Jest to ciężki kawałek chleba - tyle trosk, bóle brzuszka, każde szczepienie, wychodzące ząbki, uderzenia główką we wszystko... To jednak ten uśmiech, spojrzenie i gaworzenie sprawia, że to sama przyjemność. Gdybym mogła krótko podsumować macierzyństwo do tej pory to napisałabym, że spodziewałam się dużo większych trudności. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że małe dziecko - mały problem, duże dziecko... Wiecie sami o co chodzi ;-) Trzeba jednak żyć trochę tą chwilą, bo zaraz zostaną po niej tylko zdjęcia. 

Aha! Od ponad tygodnia ponownie przesypia całe noce >>odpukać w niemalowane<<.




Copyright © 2014 Paulenta - Subiektywny blog kobiecy , Blogger