Warte uwagi: paletki cieni do powiek z Aliexpress

Warte uwagi: paletki cieni do powiek z Aliexpress

Witam Was po dłuższym czasie czymś kolorowym, bardzo fajnym i kosmetycznym! Choć lubię sprawdzać i testować nowe kosmetyki to w pewnym sensie jestem w tym względzie minimalistką - to, co okaże się dobre i pewne zostaje ze mną na dłużej. Najbardziej lubię, gdy te sprawdzone produkty są w dobrej cenie :) 

Lwią część mojej cieniowej kolekcji stanowią produkty marki Inglot oraz Make Up Revolution. Wzięła mnie jednak chęć na nowe kolory idące w stronę burgundów, bordo i czerwieni. Tak się złożyło, że przeglądając jedną grup na facebooku o zakupach na Aliexpress zobaczyłam recenzje dwóch poniżej prezentowanych paletek. Po sprawdzeniu opinii i komentarzy na ich temat postanowiłam się na nie skusić, bo zawierały interesujące mnie kolory <3 

(jeśli nie orientujecie się za dobrze w zakupach na tej chińskiej stronce, zapraszam do artykułu o tym jak mądrze kupować na Aliexpress)

O to i one:


 

TZ Cosmetix Twilight Eyeshadow






Piękne, nieprawdaż? W niewielkiej, tekturowej paletce zostało zamkniętych 9 cudownych cieni, wśród których znajdziemy zarówno maty, brokaty jak i satyny/folie. Opakowanie ciekawe - w trupią czaszkę i pajęczyny, ale wykończenie absolutnie nie jest tandetne. Zainstalowane małe lusterko może zdać się całkiem pomocne.

Kolory prezentują się mniej więcej tak:



Niestety, moja niezdolność do robienia pięknych swatch'y nie pozwala dokładnie przybliżyć właściwego efektu, jakie dają te cienie, ale mam nadzieję, że taki podgląd pokaże choć trochę to, jakie są piękne. 

Wszystkie cienie mają bardzo dobrą pigmentację. Matowe mogą wydawać się dość kredowe, ale na oku dają ładny efekt. Mogą się nieco osypywać, poza ... UWAGA.... czarnym cieniem. Lubię używać go czasami zamiast eyelinera w pisaku czy żelu, nawet po zrobionym makijażu twarzy, bo mam pewność, że się nie osypie. Cienie brokatowe są przeze mnie najmniej używane, bo po prostu najmniej takie preferuje, ale nie mam im nic do zarzucenia - drobinki zostają na powiece razem z cieniem, co nie zawsze się zdarza przy tanich cieniach.  No i teraz hit - cienie satynowe, a w zasadzie nawet foliowe - trzymają się baaardzo długo na powiekach, pięknie odbijają światło. Namiętnie maltretuję ten zielony/seledynowy oraz ten... brązowy, co wygląda jak butelkowa zieleń, bo jest to kameleon, który posiada w sobie iskrzące zielone drobinki. 

Podsumowując: po kilku miesiącach użytkowania jestem bardzo zadowolona z tej palety. Chciałabym napisać, że to dobre przełożenie ceny do jakości, ale jakość jest zdecydowanie lepsza, niż cena by na to wskazywała. 

Cena: 29.66 - tyle płaciłam, ale teraz zdaje się jest drożej

Link do palety znajdziecie tutaj.

Impressed you Beauty Glazed










Nie pochwalam kupowania "podróbek" oryginalnych produktów i jak się okazuje - właśnie to zrobiłam, bo ta paleta jest wzorowana na MORPHE Jaclyn Hill. Szczerze mówiąc, nigdy o oryginale nie słyszałam i dowiedziałam się o tym po zakupie mojej palety, mimo wszystko nie żałuję i nawet gdybym wiedziała o tym wcześniej, to znając jakość tej palety zdecydowałabym się na jej zakup ponownie. Jest tego WARTA.

Duże, kartonowe opakowanie zawiera 35 dość małych cieni. Znajdują się tu maty i satyny baaaradzo dobrze napigmentowane. Nie ma problemu nawet z najjaśniejszymi, matowymi cieniami, które łatwo się nakładają i są widoczne na powiece dzięki kremowej konsystencji. Maty osypują się delikatnie, dlatego w tym wypadku nie zaryzykowałabym nakładania ich po nałożeniu makijażu twarzy lub bez wcześniejszego zabezpieczenia go. Cieszy mnie bardzo ta znaczna ilość burgudowo-czerwonych, na których tak mi zależało.

Używam tej palety codziennie, tylko jedyne czego mi brakuje to kilku neutralnych cieni lub w takich w chłodniejszym odcieniu, które można by użyć w załamanie powieki. Biorąc jednak pod uwagę cenę to nie ma absolutnie co narzekać.

Cena: płaciłam 20.99 zł, teraz znacznie drożej, ale wciąż warto.

Link do palety jest tutaj.

Podobają Wam się te paletki? A może sami macie swoje kosmetyczne hity z Aliespress? 
Randkowe wspominki

Randkowe wspominki

Walentynki, walentynki... 

Chciałabym napisać, że mamy luty - miesiąc zakochanych, a miłość unosi się w powietrzu i czuć wokół aurę romantyzmu i zauroczenia... Naprawdę bym chciała, ale w większości słyszę tylko walentynkowy bojkot. "Co to za marketingowy wymysł". "Rzygam serduszkami, bleeehhh".  "Miłość powinno się celebrować codziennie". Owszem, powinno się, ale nie zawsze o tym pamiętamy. Uważam, że taki dzień jest dobrym pretekstem, aby móc sobie o tym przypomnieć.



Nie chcę jednak dzisiaj pisać o samych Walentynkach, ale właśnie w związku z nimi przypomniały mi się dawne czasy. Baaardzo dawne czasy. Za młodu, gdy jeszcze się nie wiedziało, czego chce się od życia i brało się garściami i te dobre i te złe dary losu, lubiłam poznawać dużo nowych ludzi. Szkopuł był jednak w tym, że byłam dość nie śmiała, jeśli chodziło o płeć przeciwną, co w wieku nastoletnim było, powiedzmy, dość frustrujące. Każda z koleżanek z kimś się spotykała lub miała chłopaka.Też chciałam opowiadać o swoich podbojach, ale z takim pustym  miłosnym CV nie było z czym do ludu.

Gdzie szukać randki?

 

W celu przezwyciężenia swojej bariery postanowiłam założyć profil na portalu randkowym. Po sesji z tysiącami nieudanych zdjęć wybrałam jedno bądź dwa, które można było ewentualnie zaakceptować. Trochę już znałam świat, w jakim się obracam i to, że często otoczenie bywa okrutne dla nastolatek z kompleksami na tle swojego wyglądu, dlatego na maksa wypełniałam rubryczki dotyczące moich zainteresowań, aby znaleźć z potencjalnym przyszłym randkowiczem wspólny język zamiast zachęcać dzióbkiem na zdjęciu i głębokim dekoltem.

Czego oczekiwać od potencjalnej randki?  

 

Gdy wszystko było już gotowe, w głowie wykreowały się moje randkowe oczekiwania, i tak:

1) nie spotykać się z nikim na siłę  - jeśli gadka nie będzie się kleić nie ma sensu się spotykać,
2) podziękować za propozycje szybkich numerków,
3) idę poznać nowych ludzi, a jeśli przy okazji zaiskrzy  - tym lepiej!

Tak się w to wciągnęłam, że nie miałam przerwy od randkowania. Czasami zdarzały się pojedyncze spotkania, ale nic z tego więcej nie wypaliło. Czasem było to kilka spotkań, ale rozchodziło się po kościach albo wręcz odwrotnie - zakumplowaliśmy się i późniejsze spotkania już nie miały charakteru randek. Zdarzyło się nawet kilka razy tak, że staliśmy się parą na dłuższy bądź krótszy czas :) Jednak młodość ma swoje prawa i jak wiecie - nie zawsze wszystko przetrwa. Nie zrażało mnie to jednak do powrotu do randkowania, nie tylko przez internet. 

 Jak zadbać o bezpieczeństwo na spotkaniu?

 

Na pewno są plusy i minusy spotykania się z osobami przez internet. Mnie żadna większa przykra sytuacja nigdy się nie przydarzyła, bo po prostu starałam się o to należcie zadbać. Miałam swoje zasady i taktykę działania przy pierwszych kilku spotkaniach. Po pierwsze: umawianie się w miejscach publicznych  - kawiarnie, puby, parki, centrum miasta. Po drugie - poinformowanie o tym gdzie i z kim jestem kilku osób.  Po trzecie - odmawianie podwózki samochodem czy wejście do niego "na herbatkę". Po czwarte - pilnowanie swojego napoju, a najlepiej  kupowanie go samemu, bo nigdy nie wiadomo, z kim mamy do czynienia i jakie ma zamiary.

Randkowe historie  

 

Tak jak wspomniałam - nigdy nie spotkała mnie żadna przykra sytuacja, natomiast zdarzyło się kilka, dziwnych, śmiesznych, bądź zaskakujących.

Raz pisałam z jednym gościem i było całkiem ok. Zaproponował spotkanie, więc czemu nie. W dniu spotkania dzwoni do mnie i pyta, czy spotkanie aktualne i czy będę chciała się całować, bo on na pewno będzie chciał. Wiecie, co wtedy zakłębiło mi się w głowie? Jedne wielkie WTF??!! Serio on pyta o takie rzeczy i zakłada góry, gdy jeszcze się nawet nie spotkaliśmy?!
Powiedziałam, że jednak nie mogę się spotkać, bo zostawiłam żelazko na gazie i chomik mi się zatruł.

Innym razem poznałam jednego pasjonata komiksów. Faktycznie, wspomniał o nich parę razy podczas naszej onlinowej konwersacji, ale podczas spotkania niewiele mówiłam, bo jeśli już dopuścił mnie do głosu to zawsze zaginał temat tak, aby móc mówić o komiksach. Przedstawię Wam to na bardzo prostym przykładzie.

On: Jaki jest Twój ulubiony kolor?
Ja: Hmm nie mam jednego, ale bardzo lubię zielony. 
On: Ooo to tak jak kolor Hulk'a z moich ulubionych komiksów. Na pewno ci się spodoba, bo w jednym z numerów on zrobił taką jedną rzecz, że (bla bla bla bla bla .... - tyle po czasie tylko zaczęłam słyszeć).  

Raz jednak byłam bardzo mile zaskoczona. Pisząc online na portalu, po wielu wielu już randkach, napisałam chłopakowi wprost, że fajnie byłoby  zrobić coś innego niż pójście do kawiarni czy na drinka. On zapytał wtedy, co mam na myśli. Przedstawiłam zatem swoją wizję bycia zaskoczoną np. pójścia zbudowania igloo (tak - to były czasy, gdy w zimie był śnieg) albo naukę tańca. I o ile pierwsze spotkanie było ciekawe - wyjście na festiwal filmów animowanych, to kolejne, gdy to planowaliśmy spacer, zdziwiło mnie tym, że on przyszedł z czymś co wyglądało jak połączone cienkie dykty. Oświadczył mi, że pomoże zrobić nam to formę do zbudowania... IGLOO! Frajdy było co niemiara, bo próbowaliśmy, ale śnieg się nie lepił, natomiast wszystko zakończyło się bitwą na śnieżki. Następnym razem zostałam zabrana na trening przed pokazem walk rycerskich (te miecze są naprawdę ostre), a gdy już zrobiło się cieplej  i szłam na spotkanie - dostałam telefon, że mam podążać za porozrzucanymi kwiatami by znaleźć miejsce docelowe. Po drodze było do rozwiązania kilka zagadek i miałam niemały ubaw. I choć spotykaliśmy się dość długo, to jednak nie pasowaliśmy do siebie, ale przez dłuuugi czas mieliśmy ze sobą bardzo dobry kontakt :)

Zazwyczaj nie wspominam tych czasów, ale miło je sobie przypomnieć. Odkąd skończyłam 21 lat randkuję już tylko z jednym miłym Panem, więc gdybyście zapytali mnie, czy brakuje mi tego randkowania to odpowiedź brzmiałaby NIE. Było naprawdę fajnie, poznałam wiele ciekawych mniej lub bardziej osób, otworzyłam się na ludzi i zobaczyłam, jaka jest różnorodność charakterów na tym świecie, ale moje życie jest już ustatkowane, a moje priorytety zupełnie inne. Wszystko co spotyka mnie w życiu biorę na karb doświadczeń i staram się niczego nie żałować :)

Dajcie znać jakie są Wasze doświadczenia z randkowaniem? Lubicie na nie chodzić?
 
Plany na Nowy Rok. Lepiej późno niż później

Plany na Nowy Rok. Lepiej późno niż później

Szaleństwo, szaleństwo... Czuję, jakby nie było mnie tu wieki. Tęskniłam i chciałabym móc mieć więcej czasu.

Postanowienia noworoczne - kiedyś takie robiłam, wpisywałam na karteczki i pod koniec roku odhaczałam te, które udało się spełnić. Dużo haczyków motywowało do kolejnych postanowień, jednak w ubiegłym roku coś poszło nie tak... Była zbyt mała ilość do odhaczenia. Pomyślałam: "Jestem beznadziejna, do dupy  z tym. Nie będę." i foch z przytupem. Żadnych więcej postanowień i smuteczek. Po jakimś czasie pomyślałam sobie, że choć nie odfajkowałam wielu rzeczy z listy to udało mi się jednak zrobić wiele rzeczy, które wybiegały poza nią. Uświadomiłam to sobie przeglądając post o moich planach na jesień. Większość z nich zrealizowałam, choć nie musiały być to wcale duże rzeczy. Być może w tym tkwi klucz do sukcesu - nie postanawiać osiągnięcia samych górnolotnych celów, ale wplatać pomiędzy nie te mniejsze, choć równie ważne.

Ogarnęłam się nieco i oto są:


Plany zawodowe

  • Rozwój w pracy tj. zainicjowanie rozszerzenia obecnego stanowiska, ewentualnie zmiana pracy
  • Znalezienie dodatkowego źródła dochodu / znaczna poprawa sytuacji finansowej
  • Branie udziału w darmowych kursach z marketingu i rozwoju osobistego
  • Branie udziału w płatnych kursach (w miarę możliwości finansowych)
  • Nauka tworzenia i obróbki grafiki i filmów
  • Zaprzyjaźnić się z hateemelem 😁
  • Więcej czytania artykułów branżowych i specjalistycznych
  • Zadbanie o profil na LinkedIn

 Plany osobiste

  •  Więcej kreatywności w spędzaniu czasu z rodziną
  • Reaktywować przygodę z jogą, na początek w dobrym studio
  • Kino przynajmniej raz w miesiącu
  • Książka przynajmniej raz w miesiącu
  • Pojechać na wakacje (o dziwo od wielu lat mam problem, by zrobić to porządnie)
  • Lepiej zorganizować czas wolny, by móc zrealizować więcej rzeczy
  • Pisać bardziej wartościowe teksty na bloga i lepsze filmy na YouTube
  • Mniej się stresować i uwolnić umysł od czarnych scenariuszy

 Plany zdrowotne

  •  Ogarnąć zębozbiór u dobrego dentysty
  • Zbadać problem puchnącej kostki
  • Uregulować problemy hormonalne (czyli zacząć chodzić do lekarza gdy trzeba, a nie gdy mi się w końcu zachce)
  • Ruch, ruch i jeszcze więcej ruchu tj. rowerem do pracy, powrót na basen, więcej spacerów 
  • Wrócić na jasną stroną mocy zdrowego odżywiania (oklepane postanowienie, wiem).

Rękawica rzucona, wyzwanie podjęte 💪

A jak tam Wasze ubiegłoroczne postanowienia? Sprawdziły się?



Mini haul wyprzedażowy ORSAY

Mini haul wyprzedażowy ORSAY

Wyprzedaże dla każdego oznaczają co innego. Jedni idą na żywioł i szukają czym tu sobie humor poprawić usprawiedliwiając się niższymi cenami, drudzy realizują swoje długo odkładane plany, a jeszcze inni mieszają różne metody. Ja zdecydowanie należę do tych ostatnich, ale z większym naciskiem na możliwość spełnienia planów niższym kosztem.

Zawsze, gdy ktoś ma problem z wymyśleniem dla mnie prezentu na urodziny/święta to polecam bon podarunkowy do jednej z moich ulubionych marek odzieżowych. Dzięki temu na koniec grudnia lub początek stycznia mogę się nieźle obłowić na wyprzedażach, bo w ciągu roku, jeśli nie muszę, nie kupuję sobie ubrań. Zawsze jednak, gdy próbuję sobie poszaleć, dochodzi do mnie mały, ale dosadny głos rozsądku, mówiący NA CO CI AŻ TYLE. Słucham się go, dlatego mam Wam tak niewiele do pokazania.

Wszystko pochodzi ze sklepu Orsay.

Bluzka z długim rękawem w kolorze butelkowej zieleni





W ubiegłym roku w Orsay kupiłam bluzkę w z identycznego materiału i w takim samym kolorze. W tej bardzo spodobały mi się ściągacze w okolicy nadgarstków oraz mały dekolcik w kształcie łezki. Jest bardzo wygodna, idealna na co dzień. Cena: 30 zł zamiast 70 zł. Online TUTAJ

T-shirt z nadrukiem w kolorze granatowym



Mam bardzo mało tego typu bluzek, a przydają się najczęściej. W te, które mam w chwili obecnej po prostu się nie mieszczę. W tej bardzo mi się podoba prostota, ale dobrze że jest miły akcent w postaci jasnego nadruku. Cena: 30 zł (cena regularna). Online TUTAJ

Narzutka granatowa w białe kropki




Narzutki o coś co uwielbiam najbardziej. Ta w formie przypomina nieco marynarkę i wykonana jest z dość grubego, porządnego materiału. Fajnie będzie ją założyć na mój nowy t-shirt ;) Cena: 60 zł zamiast 100 zł. Online TUTAJ


I to tyle. Wybaczcie, ale uprzedzałam, że nie będzie tego dużo :) W międzyczasie capnęłam jeszcze spodnie sportowe w Lidlu za 25 zł i doszła do mnie w końcu koszula z Aliexpress zamówiona 11.11. Bez szału.


Dajcie znać jak jest z Wami i wyprzedażami. Szalejecie czy też słuchacie rozsądku? 



Poświąteczne dary losu

Poświąteczne dary losu

Kochani! Witajcie po świętach jak i witajcie jeszcze przed Nowym Rokiem!

Zrobiłam sobie krótką, dwutygodniową przerwę od blogosfery, więc nie wiem co dzieje się u innych, ani też sama przez ten czas nie dodawałam nowości.

A nowości, jak to po świętach i też urodzinach, się nazbierało :)

Prezentów dostałam dużo, a o to kilka z nich, które najbardziej wpasowały się w moją kobiecą naturę:

Książka mojego ukochanego autora - "Labirynt Duchów" Carlosa Ruiza Zafona oraz  coś czego nie znam - "Kodeks Majów" Mario Readinga


Moja ulubiona od niedawna odżywka Gliss Kur Liquid Silk
Krem do rąk z Oriflame
Woda toaletowa Incognito z Oriflame



Bidon do picia z wymownym napisem :) 



Bon podarunkowy do Orsay - w ubiegłym roku dostałam taką i byłam bardzo zadowolona!


Duża, czerwona torebka typu shoper :




Cieszę się z tych prezentów, ale tak jak wspomniałam - dostałam jeszcze więcej, ale te chciałam pokazać Wam najbardziej :)

A czy Wy byliście grzeczni i Gwiazdor Was odwiedził? Pochwalcie się swoimi prezentami! 

Chciałabym życzyć wszystkim tego co najlepsze w nadchodzącym 2018 roku.  Niech Wasze pasje się rozwijają, a kto ich nie ma - niech odnajdzie to coś, co daje radość. Niech wszystko idzie właściwym torem, a ilość trosk była znikoma. Tego życzę Wam jak i sobie :)
Urodziłam się w Wigilię

Urodziłam się w Wigilię

Chcąc wprowadzić trochę świątecznej tematyki, chciałam dzisiaj przytoczyć krótką (tak myślę) anegdotę z mojego życia :)

Wigilia - dzień dość wyjątkowy, zwłaszcza dla naszego narodu. Wszyscy przed tą datą szukamy pomysłów na sprawienie radości swoim bliskim oraz planujemy spędzenie świątecznej kolacji w rodzinnym gronie co, umówmy się, w dzisiejszych "szybkich" czasach nie jest łatwe do zorganizowania.

Dwadzieścia parę lat temu, gdy moja Mama pakowała 24 grudnia rano prezenty, nie spodziewała się, że właśnie tego dnia prezentem będzie ktoś, kogo jeszcze tak szybko się nie spodziewała. Na pewno wiecie już, że chodzi o mnie :) Tak się złożyło, że chyba na wieczerzy chciałam być już poza brzuchem, ale nie przemyślałam tego dobrze, bo dwa dni trzeba było zostać jeszcze w szpitalu.




Ale do rzeczy - tak jak wspomniałam, Wigilia Bożego Narodzenia to dość wyjątkowy dzień, jednak nikt nie zabronił tego dnia rodzić dzieci. A mam wrażenie, że czasami niektórzy ludzie tak myślą. Często słyszę:

"Urodziłaś się w Wigilię? Naprawdę?!" 

Naprawdę :) Nie kłamię. 24 grudnia też można się urodzić. 


"Pewnie dostajesz jeden prezent na dwie okazje."

To stwierdzenie pada zazwyczaj jako następne. Akurat jakoś tak się złożyło, że rodzina zawsze dbała o to, żeby nie była poszkodowana z tego powodu. Dostawałam albo dwa prezenty albo też jeden, ale bardziej wypasiony. Teraz, gdy wszyscy w rodzinie są już dorośli i dzieciaci uznaliśmy, że nie ma sensu wymyślać na siłę prezentów dla dorosłych i szykujemy je tylko dla dzieci.

Podoba mi się data mojego urodzenia - zapada w pamięć. Kiedyś cierpiałam tylko trochę jako dziecko, bo nie mogłam w szkole rozdać dzieciakom urodzinowych cukierków :) Szkoła się skończyła - problem się rozwiązał! 

Wydaje mi się, że gorzej mają osoby urodzone 1 listopada (dość smutne święto) lub 29 lutego, choć znam osobiście dwa takie przypadki, które organizują sobie imprezę zarówno 28 lutego jak i 1 marca :) tylko kiedy dzwonić do nich z życzeniami? 



Moi drodzy, weźcie proszę ten tekst z przymrużeniem oka. Na pewno czytając go wiele z Was nie pomyślało tak jak osoby, które opisałam, ale chciałam tylko przytoczyć sytuacje, które często mnie w tym wypadku spotykały. 

Urodzeni w Wigilię i inne święta / nietypowe dni ręka do góry! A wy kiedy się urodziliście? 

 
Lęk przed prowadzaniem auta | Muzyczny kalendarz adwentowy #6 i #7

Lęk przed prowadzaniem auta | Muzyczny kalendarz adwentowy #6 i #7

W ostatnim poście pisałam o powrocie do pracy po urlopie macierzyńskim. Ujawniłam swoje obawy co do konieczności dojeżdżania do firmy samochodem, bo choć prawo jazdy mam już od przeszło 8 lat, to jedyne moje doświadczenie w kierowaniu sprowadzały się do jazdy późnym wieczorem / w nocy i na bardzo krótkich dystansach (max. 15 km). Z czasem, gdy tylko nadarzały się okazje, nie chciałam prowadzić. Po tak długim czasie przestałam mieć do siebie zaufanie i po prostu zaczęłam się bać, zwłaszcza przy większym ruchu.

Choć od 3 lat mieszkam na wsi, gdzie komunikacja miejska jest wiadomo jaka, to miałam do pracy, lekarza i sklepów bardzo blisko piechotą. Od roku mieszkam na jeszcze większej wsi, gdzie nie ma praktycznie nic, ale dojazd do pracy rowerem to chwilka, a zimą można byłoby się przemęczyć busem. Okazało się jednak, że w trakcie mojego urlopu macierzyńskiego firma, w której pracuję, zmieniła siedzibę. Też niedaleko, ale już brak jakiekolwiek połączenia komunikacyjnego oraz dogodnej trasy rowerowej sprawił, że auto stało się koniecznością.

Na początku byłam zła. Nie dość, że trzeba kupić samochód, co jest dużym wydatkiem, to jeszcze koszty utrzymania nie są małe. Kwestię mojego strachu stawiałam na drugim miejscu, bo skoro jeździć trzeba to trzeba - miałam nadzieję, że wraz z doświadczeniem strach będzie malał. I tak faktycznie jest, choć wiem, że dobrym kierowcą nie jestem i nigdy nie będę, bo po prostu tego nie czuję.



Jak to mówiła moja instruktorka nauki jazdy - prawo jazdy jest dla każdego powszechnego zjadacza chleba. Większość osób prowadzi samochód i patrząc na nich nie mam wrażenia, aby ktokolwiek bał się jeździć autem albo miał jakiś problem z jeżdżeniem. Fakt - są ludzie, którzy jeżdżą mniej lub bardziej bezpiecznie, lepiej mają opanowany pojazd lub gorzej, ale to wygląda tak naturalnie jak jazda rowerem. W tym momencie zastanawiam się co jest ze mną nie tak. Wsiądę w samochód i powiem sobie, że przecież to nic takiego. W końcu zdałam to prawko, znam zasady ruchu drogowego, wiem jak zmieniać biegi. Wchodzę w samochód i panika. Lewa noga drży, serce kołacze. W głowie mam milion scenariuszy, które mogą się wydarzyć po drodze - pieszy zajdzie mi drogę, ktoś wyjedzie mi przed maskę, cofając nie zauważę i uderzę w inne auto, nie zmieszczę się na miejscu parkingowym (a weszłyby 3 ciężarówki), będę za wolno jechać i mnie strąbią... I odechciewa mi się wszystkiego.

Znam pojedyncze osoby, które mają podobną fobię i nie rozumiem ich tak samo jak nie rozumiem siebie. 

Im dłużej jeżdżę tym strachu jest trochę mniej, ale za każdym razem, gdy wychodzę rano do pracy, wieczorem z niej wracam, muszę jechać z Młodą do lekarza lub do sklepu po bułki wciąż nie czuję się pewnie i komfortowo.

Nie hejtujcie mnie za to, bardzo proszę.

 Poradźcie lepiej jak sobie z tym poradzić? Ile jest osób z taką ułomnością? 


No dobra, to teraz nadrabiamy piosenki świąteczne :)  

Dzisiaj na przystawkę trochę tematycznie - "Driving home for Christmas" Chris Rea:


 Utwór z 1986 roku, a inspiracją do jej powstania był korek samochodowy, w którym utknął autor tekstu wraz z żoną. Tekst tej piosenki powstał dużo wcześniej, zanim została nagrana. 

A na deser - Frank Sinatra i "Jingle Bells". I tu chyba nie trzeba nic więcej pisać:) 


 
Powrót do pracy po macierzyńskim| Muzyczny kalendarz adwentowy #4 i 5

Powrót do pracy po macierzyńskim| Muzyczny kalendarz adwentowy #4 i 5

Moi drodzy.

Opuściłam się, bo  obiecałam codziennie wstawiać jedną piosenkę świąteczną, a tu wystarczył pierwszy dzień pracy i już nie udało mi się ogarnąć tak prostej rzeczy... Nic jednak straconego - na samym końcu czekają na Was dwa moje hity grudniowe.






Wczoraj był mój pierwszy dzień pracy po roku urlopu macierzyńskiego. Miałam duże obawy, jak pewnie nie jedna kobieta. Podejrzewałam, że największym wyzwaniem będą dla mnie 3 rzeczy:

1. powrót do obowiązków w pracy
2. dojazd autem
3. rozstanie z córką

Po dniu wczorajszym doszłam do szybkiej weryfikacji powyższych obaw i jak się okazało z wykonywaniem dawnych obowiązków nie ma najmniejszego problemu, z jazdą samochodem radzę sobie o tyle, że dojeżdżam z punktu A do punktu B w jednym kawałku, a najbardziej doskwiera mi rozłąka. Mała całe szczęście dobrze zniosła wczorajsze rozstanie na 9 godzin, ale mamy to szczęście, że póki co może z nią zostać Babcia. Trochę mnie ukłuło to, że w ogóle za mną nie tęskniła.... Oczywiście ucieszyła się na mój widok, ale brak mojej osoby nie zrobił na niej żadnego wrażenia. No ale lepiej tak, niż się martwić, że siedzi tam niespokojna i płacze. Kiedyś pewnie przyjdzie czas, że pójdzie do żłobka, ale myślę, że tam też sobie poradzi.

Drogie Mamy - pytanie do Was. Jak Wy zniosłyście rozłąkę z Waszymi Pociechami po powrocie do pracy? Ja dzwoniłam wczoraj co godzinę na kontrolę... 


A teraz obiecane piosenki świąteczne z mojego kalendarza adwentowego

 Dzisiaj serwuję Wam polskie klimaty. Blue Cafe - Święta w Nas. Taka delikatna, łagodna nuta :) Lubie ten zespół, a ich klimat pasuje do świątecznego okresu.
  
Margaret - Coraz bliżej święta. Kto nie kojarzy piosenki z reklami Coca Cola :) Miło jej posłuchać w języku polskim i to jeszcze w wykonaniu charyzmatycznej Margarety!

 

Copyright © 2014 Paulenta - Subiektywny blog kobiecy , Blogger