Sukces pisany szminką

Sukces pisany szminką

Witajcie w lipcu!

Sporo się ostatnio działo. Postanowiłam zainwestować wolny czas w rozwój osobisty oraz zawodowy. Odkryłam dzięki temu naprawdę bardzo ciekawe sposoby na kreatywne i przede wszystkim produktywne spędzanie czasu i dzisiaj chciałam podzielić się z Wami jednym z nich.

Fundacja sukcesu pisanego szminką


Wiedza od kobiet dla kobiet


Sukces pisany szminką -  jest to fundacja, której misją jest wpieranie kobiet w rozwoju osobistym jak i zawodowym. Z jej inicjatywy postał portal o nazwie Sukces to Ja, na którym znajdziemy mnóstwo darmowej wiedzy, przekazywanej przez inne kobiety sukcesu, będące ekspertkami w swej dziedzinie. Artykuły, e-booki, webinary, kursy on-line z różnej tematyki - motywacyjne, zawodowe, marketingowe, biznesowe. Dla każdego coś dobrego, zwłaszcza, jeśli szukasz pracy lub chcesz ją zmienić, próbujesz odnaleźć w sobie motywację lub pobudzić kreatywność, chcesz, ale nie potrafisz siebie zaakceptować albo startujesz ze swoim biznesem i szukasz informacji jak dobrze go poprowadzić.  Czy to nie wspaniała inicjatywa?W każdym drzemie potencjał, trzeba go tylko wydobyć, a najlepiej zrobić to tak zwanym "kopem motywacyjnym". Taka organizacja może działać też w drugą stronę - jeśli czujesz, że mogłabyś i chciałbyś podzielić się swoją wiedzą z innymi to nic nie stoi na przeszkodzie, aby zgłosić się do prowadzenia takich szkoleń lub kursów. To świetna metoda, jeśli chcecie się sprawdzić np. w zawodzie coach'a.

Lokalne grupy rozwoju


Jeśli chciałybyście skorzystać z tej wiedzy, ale wersja on-line nie jest dla Was, zawsze możecie skorzystać z okazji, gdy fundacja organizuje konferencje lub spotkania z udziałem Ambasadorek na lokalnych grupach rozwoju. Ostatnio miałam okazję być na jednym z nich, podczas którego były prowadzone warsztaty o metodzie myślenia FRIS® .  O ile sam warsztat nie do końca mnie przekonał, to bardzo podobała mi się konstruktywna dyskusja, która powstała na ten temat.  Poznałam również wiele innych kobiet, prowadzących własne biznesy jak i  mających dużo kreatywnych pasji. Dla mnie nie ma nic bardziej inspirującego, niż spotkać się twarzą w twarz  z tak przedsiębiorczym osobami.

Takie lokalne spotkania grup rozwoju są już niemal w każdym większym mieście (i nie tylko!), dzięki czemu coraz więcej osób może skorzystać z eksperckiej wiedzy i wziąć udział w warsztatach.Tematyka przeważnie jest inna w każdej z grup, zależnie od tego kto będzie je prowadził lub jak wybierze grupa (na ostatnim spotkaniu proponowałyśmy tematy, zgłaszały się też chętne osoby do przeprowadzenia takich szkoleń).

Od czego zacząć?


Udało mi się przerobić kilka kursów i przeczytać wiele artykułów z tego portalu. Te, które szczególnie polecam to:

Zachęcam natomiast do przejrzenia wszystkich dostępnych materiałów - na pewno każda znajdzie coś dla siebie. Jest to wspaniała kopalnia wiedzy, która pomogła mi wyjść z chwilowej stagnacji i popycha mnie ku wyjściu z zasiedzenia w dobrze mi znanej, bezpiecznej i cieplutkiej strefy komfortu, która przez ostatni czas nie pozwalała mi ruszyć z miejsca.

Czy znacie tę fundację i prowadzony przez nią portal? A może już korzystałyście z ich kursów online lub spotkań lokalnych?

Moje Drogie, gorąca prośba - jeśli podobają Wam się posty tego typu napiszcie, czy chcecie więcej takich. Tak jak wspomniałam, ostatnio korzystam bardzo intensywnie z dostępnej darmowej wiedzy i mam już wiele sprawdzonych źródeł. Może macie też ochotę na cykl postów dedykowanych samorozwojowi? Koniecznie dajcie znać!
Kosmetyczna wishlista na lato

Kosmetyczna wishlista na lato

Dzień dobry Wam!

Moje Drogie, nie wiem jak ta sprawa wygląda u Was, ale jeśli chodzi o kwestie zakupowe to wydaje mi się, że handel nie ma ze mną łatwo. Często marzy mi się wiele rzeczy np. chodzę na stronę www sklepu, w którym chcę zrobić zakupy, dodaję do koszyka wszystko co mi się podoba, a gdy już skończę i spojrzę na ile mnie podliczyło to dochodzę do wniosku, że tak naprawdę wcale nie potrzebuję aż tyle tego wszystkiego. Nawet nieważne, że czasem mam przygotowany budżet nie tylko na to, co potrzebuję, ale też na moje zachcianki. Wyrzucam wtedy z zamówienia najmniej przydatne produkty i zamawiam kilka rzeczy.

Mogę podać też przykład w drogerii stacjonarnej. Dostałam od przyjaciółek kartkę podarunkową do wykorzystania w drogeriach Rossmann. Zaczęłam wkładać sobie wszystko, czego nie kupiłabym sobie nie mając tej ekstra gotówki, ale po chwili znowu coś z tyłu głowy zaczęło mnie uwierać. Wszystko dlatego, że zobaczyłam płyn do zwalczania kamienia w promocji. "No dobra - wezmę" - pomyślałam. Idę szperać dalej, ale przechodząc obok półek z artykułami dla dzieci przypomniałam sobie, że Młodej przydadzą się mokre chusteczki. Najbardziej opłacalny był sześciopak. "Wezmę to też - zostanie mi jeszcze trochę limitu na wykorzystanie dla siebie". I tak oto dołożyłam jeszcze kilka produktów z chemii gospodarczej, a dla siebie wzięłam jedynie krem pod oczy i maszynki do golenia. Z jednej strony byłam zła na siebie, bo miałam taaaaaką długą listę rzeczy, które chciałabym mieć, a wzięłam jak zwykle coś, co było bardziej praktyczne. Z drugiej strony czułam, że dobrane produkty będą przydatne i użyteczne, więc pieniądze zostały dobrze wydane. A po jakimś czasie znowu zaczynam marzyć o tym olejku do włosów i tuszu do rzęs, który chciałam przetestować.





Jest to silniejsze ode mnie i ma nade mną władzę do tego stopnia, że gdy pozwolę sobie w końcu na to, co bym chciała, to czuję się dziwnie nieswojo i czasem nawet ogarnia mnie poczucie winy.

To co chciałabym jednak Wam dzisiaj przedstawić to właśnie te rzeczy, które tak bardzo chciałabym mieć (a niekoniecznie je potrzebuję) w letniej edycji. Na dole cała lista rzeczy.

Pielęgnacja:


  • Krem pod oczy - Tołpa dermo face futuris 30+
  • Krem do twarzy - Dermika Vitamina P Plus, przeciwzmarszczkowy.
  • Serum do twarzy - Bielenda Neuro Glikol + Vit. C

Włosy:

  • Odbudowujący fluid keratynowy - Artego Easy Care T Dream - miałam kiedyś jego wcześniejszą wersję zamówioną na stronie lokikoki.pl i był rewelacyjny. Ten również chciałabym przetestować
  • Olek kokosowy do włosów - nie mam określonego producenta 
  • Nawilżająca pianka do loków - Davines More Inside Curl Moisturizing
  • Jedwab do włosów - pewnie tradycyjnie z Biosilk lub może coś innego jeszcze znajdę

Makijaż:

  • Cienie do oczu Glamshop - kilka pojedynczych cieni do mojej palety magnetycznej i najlepiej jakaś gotowa paleta, najchętniej Totalny Mat <3
  • Cenie do oczu Maxineczka Beauty Legacy  - Make up Revolution. Jestem ciekawa tej palety 
  • Podkład wodoodporny - Make-Up Atelier Paris. Przymierzałam się do jego zakupu wiele razy, ale obawiałam się złego doboru kolorystycznego, a potem zniechęciły mnie regularne podwyżki ceny. Na letnie wieczorne imprezy byłby jak znalazł
  • Pomadka do ust - Max Factor Lipfinity. Mam jedną, z chęcią wzięłabym jeszcze przynajmniej dwa kolory - delikatny na co dzień oraz wyrazisty czerwony
  • Mgiełka utrwalająca - Inglot Makeup Fixer

Akcesoria:

  • Zestaw mini pędzli - idealny znajduje się w Glamshopie
  • Zestaw pędzli Jessup - tyle dobrego o nich słyszałam, miło byłoby sprawdzić
  • Temperówka - taka porządna, do cienkich i grubych kredek do oczu
  • Rękawica do demakijażu - Glov. Miałam ją kiedyś i demakijaż twarzy  był przy jej użyciu dużo przyjemniejszy 


Moja ogólna wishlista kosmetyczna jest dłuższa, powyżej podałam tylko te, które przydałyby mi się tego lata :)

Czy któryś  powyższych produktów jest też na Waszej liście życzeń?




Ulotne chwile. Jak je zatrzymać?

Ulotne chwile. Jak je zatrzymać?

Czas leci nieubłaganie i bardzo szybko. Myślałam, że życie przyspieszyło wraz z wybiciem osiemnastych urodzin, okazało się jednak, że w porównaniu do życia młodej mamy to był lekki truchcik.

Nie bardzo przepadam za zdjęciami. Dodatkowo jestem raczej mniej niż bardziej sentymentalna. Nawet z własnego ślubu nie mam porządnych zdjęć, bo nie chcieliśmy profesjonalnego fotografa (wiem - na pewno mało kto to sobie wyobraża), jednak w momencie, gdy urodziła się moja córka i gdy zobaczyłam jak szybko się zmienia wiedziałam, że muszę wszystko uwiecznić i zachować, bo moja pamięć może jednak zaszwankować.

Robię zatem dużo zdjęć - tyle ile się da. Przechowuję je w folderze na komputerze, ale mam przykre doświadczenie, gdzie zdjęcia takie zostały skasowane bezpowrotnie, a po jakimś czasie padł również serwer z kopią zapasową.

Jak zatem przechowywać zdjęcia?  

 

Znany od dawna sposób - tradycyjny album do zdjęć. Lubię często przeglądać takie zdjęcia, głównie z niedowierzaniem, że Młoda kiedyś miała tak mało włosów (bujną czuprynę zawdzięcza tatusiowi). Miałam spory problem z wyborem - żaden wzór specjalnie mi się nie podobał, a jeśli były jakieś bliskie ewentualnej akceptacji to kosztowały sporo. Drugą sprawą była wielkość - pryz masowym wywoływaniu zdjęć potrzebna była odpowiednia pojemność takiego albumu. Capnęłam jednak różowiutki album (bleh...), typowo dziewczęcy, który jako tako mieścił co trzeba. Zdjęć z czasem jednak przybywało i okazało się, że nie pomieszczę w jednym albumie wszystkich zdjęć z pierwszych 12 miesięcy życia Myszy. A mój problem z organizacją tego typu rzeczy spowodował stan, gdzie dużo zdjęć lata po szafce luzem. Jest to jednak kolejny powód by zmobilizować się albo do kupienia innego, większego albumu albo kolejnego :)




Drugim sposobem są personalizowane albumy do wklejania. Jest to fajna rzecz, jeśli jesteście w tych kwestiach konsekwentni i uzupełnicie wszystkie informacje na bieżąco (kiedy podano pierwsze jedzenie, jakie było pierwsze słowo, który ząbek wyrósł pierwszy, ulubiona piosenka itp.). Przyznam się bez bicia - ja zaczęłam prowadzić ten album, ale przestałam. Nie nadaję się do końca do takich rzeczy, mimo że bardzo mi się podobają. Młoda dostała ją w prezencie i myślę, że to bardzo dobry pomysł, jednak trzeba wiedzieć, czy rodzic będzie sumiennie ten album wypełniał.





Kolejną opcją, którą stosuję, są ramki ze zdjęciami powieszone w strategicznych miejscach. Zdecydowanie preferuję ramki, które można powiesić, gdyż stojących nie mam po prostu gdzie stawiać. Jakie zdjęcia umieszczam w ramkach? Przede wszystkim te zrobione podczas ważnych dla mnie wydarzeń, a także te wyjątkowo ładne i artystyczne. W końcu widzi je każdy kto przebywa w naszym domu. Najciekawsze ramki zawsze znajduję w Pepco, bo poza ciekawą formą są też w dobrej cenie.



Ostatnia z opcji, którą przetestowałam to modna ostatnio fotoksiążka. Na pewno o niej słyszeliście lub sami już taką przygotowaliście - wiem, że to często wykorzystywany pomysł na prezent np. dla dziewczyny/chłopaka, jako podziękowania dla rodziców na ślub lub na dzień Mamy/Taty/Babci/Dziadka itp. Taka forma jest fajna o tyle, że można dodać kilka zdjęć na jednej stronie w różnych wielkościach i kształtach, z dodanym tekstem, można ją mocno personalizować - mamy więc dużo "mięsa" w środku, a na półce zajmuje mało miejsca. Wiadomo - to nie to samo co wzięcie do rąk zdjęć i ich przeglądanie, jednak fajnie mieć kilka takich wspomnień skondensowanych w jednym miejscu. No i oczywiście bardzo fajnie to wygląda ;)








Dajcie znać jakie są Wasze sposoby na przechowywanie zdjęć. Może macie ciekawe patenty?

Ulubieni autorzy kryminałów i thrillerów

Ulubieni autorzy kryminałów i thrillerów

Uwielbiam czytać książki. Jeszcze w ubiegłym roku "połykałam" jedną za drugą i aż trudno uwierzyć mi jak słabe statystyki mam w roku obecnym... Nic jednak straconego - w długie letnie wieczory na pewno będę miała kiedy to faux pas nadrobić. Tymczasem mam dla Was kilka moich perełek w postaci ulubionych pisarzy.

Tak jak wspomniałam - bardzo lubię czytać, jednak mocno ograniczam się do kilku kategorii i tak oto rzadko kiedy czytam coś innego niż kryminały czy thrillery. Nie ukrywam, że lubię mroczną i zagmatwaną akcję, dlatego po książki obyczajowe sięgam po naprawdę solidnych poleceniach.

Co najbardziej cenię sobie w książkach? Przede wszystkim ciekawą akcję, spójność, wymuszenie na czytelniku myślenia, piękne operowanie słowem oraz morał. Nie wiem, czy znalazłabym w swoich podbojach książkowych chociaż jedną taką, która posiadałaby te wszystkie cechy, natomiast lubię, jeśli dana pozycja posiada większość z nich.

Nie mam w planach pisać postów o osobnych pozycjach. Parę lat temu nagrywałam na YouTube serię "Książkowe podboje", jednak nie cieszyła się zbyt dużym powodzeniem (mimo wszystko zapraszam Was do obejrzenia tych wszystkich dwóch filmów ;-) . Postaram się jednak podpowiedzieć Wam moich ulubionych, często znanych autorów książek. Mam nadzieję, że znajdziecie coś dla siebie lub dacie znać, czy to również Wasz gust, bo zapewne mało kto nie zna tych nazwisk.



1. Camilla Läckberg


Szwedzka autorka słynnej sagi o Fjällbace z policjantem Patrickiem Hedströmem i pisarką Ericką Falck w rolach głównych. Jej książki są moim zdaniem dość łatwe i lekkie  czytaniu, ale jednocześnie bardzo wciągające, dzięki stosowaniu w każdej z książek zabiegu łączenia historii z dalekiej przeszłości na przemian z historią, która dzieje się w czasach nowoczesnych, by gdzieś w punkcie kulminacyjnym mogły się ze sobą połączyć. Dużym plusem jest to, że książki w ramach tej sagi (a do tej pory wyszło ich 8 części) można czytać w kolejności od starszej do nowszej lub też w dowolnej kolejności, gdyż fabuła jest tak skonstruowana, że czytelnik może dużo sobie dopowiedzieć. Dodatkowo urzekły mnie przeurocze opisy Fjällbacy - małej, nadmorskiej  miejscowości, w której przeważnie dzieje się cała akcja. Dzięki temu na mojej liście marzeń/celów znalazł się nowy punkt - odwiedzić to miejsce! 

2. Stieg Larsson


Kolejny Szwed (jak tu ich nie kochać?), którego najbardziej znanym dziełem jest trylogia Millenium - opasłe tomiszcza aż kipią akcją, w której bierze udział dziennikarz Mikael Blomkvist oraz bardzo charakterystyczna i barwna postać - Lisbeth Salander - tytułowa Dziewczyna z tatuażem.  Znajdziemy tu afery polityczne, dramaty rodzinne, przemoc, tajemnice w relacjach międzyludzkich i dużo zaawansowanej kombinatoryki - uwielbiam to! A, jeszcze ciekawostka: trylogia została wydana po śmierci Stiega Larssona. Zdążył napisać jeszcze 200 stron kolejnej części, jednak kontynuacją zajął się szwedzki dziennikarz David Lagercrantz, który nie jest aż tak "płodny" jak Larsson i jednak przygasił (moim zdaniem) tę pierwotną iskrę. Mimo wszystko warto poczytać, by się o tym przekonać.

3. Carlos Ruiz Zafón


Mój ukochany cykl "Cmentarz zapomnianych książek" wywołuje u mnie ciarki. Pierwsze słowo, które kojarzy mi się z jego twórczością to mrok.  A drugie słowo to magia, mimo że nic czarodziejskiego tam nie ma, ale zaskakuje nas nadprzyrodzonymi zjawiskami. Wszystko okraszone jest pięknym słownictwem, trawnymi porównaniami, szerokimi opisami, dzięki czemu czytelnik może uznać, że tak opisana śmierć, której w książkach Zafona dużo, jest po prostu piękna. No i też jak tu nie zakochać się w postaci Fermina Romero De Torres, będącego wielbicielem kobiecych kształtów, życiowym filozofem, wytrawnym krytykiem kulinarnym i mistrzem operowania słowem, który wszystko potrafi przedstawić bardziej niż obrazowo.

Taka twórczość na pewno nie jest skierowana do osób, które nie lubią ciężkiego, przytłaczającego klimatu.


4. Mario Puzo


Tu nie ma co się dużo rozpisywać - o Ojcu Chrzestnym i włoskiej mafii słyszeli wszyscy. Poza tymi hitami uwielbiam również Dziesiątą Aleję i przygody włoskiej rodziny przebywającej na emigracji w Ameryce i o silnej duchem kobiecie, dla której życie nie było łaskawe. Często spotkamy u Mario Puzo poetyckie wręcz porównania, które ujmują za serce i poruszają do głębi. Dodatkowo mam wrażenie, że o czymkolwiek by on nie pisał to zawsze będzie to napisane w taki sposób, że czytanie jego dzieł wciągnie każdego.

5. George R R Martin


Wiem, że prawie wszyscy oglądają "Grę o Tron", ale ile osób czytało książki? Jeśli mniejszość, to zdradzę Wam, że moim zdaniem większość odcinków jest dość wiernie oddana książce. Niektóre akcje wyglądały nieco inaczej, postaci było jeszcze więcej (tak - to możliwe!) , a wątki bardziej szczegółowe. Jak większość fanów czekam z niecierpliwością na kontynuację i z chęcią porównam jak wygląda konfrontacja dalszej twórczości autora z wizją producentów serialu HBO (nie każdy może wiedzieć - ostatnie sezony serialu Gra o Tron nie są nagrywane na podstawie kolejnych książek).


To moje Top 5 autorów moich ulubionych książek. Oczywiście znam i lubię o wiele więcej ,ale do tych mam szczególną słabość.

Dajcie znać jakie książki lubicie najbardziej? Jacy są Wasi ulubieni autorzy? 
Gdy czas mija, a dziecko wciąż nie zaczyna chodzić

Gdy czas mija, a dziecko wciąż nie zaczyna chodzić

Moi drodzy - kwestia dość wrażliwa, czyli do kiedy dziecko powinno zacząć chodzić. Zanim jednak wspomnę o moim konkretnym przypadku - mały wstęp.

Gdy Mysza była małym, prawie nieruchomym naleśnikiem, zamarzyłam sobie, żeby zaczęła chodzić w okresie mniej więcej swoich 10ciu miesięcy. Takie marzenie wzięło się stąd, że urodziła się pod koniec listopada, a bardzo chciałam, żeby mogła jeszcze skorzystać z pogody i odrobiny lata / początku jesieni i przechadzać się na ogrodzie. Oczywiście zdawałam sobie sprawę  z tego, że to dość wcześnie i żadnymi siłami nie zamierzałam tego przyspieszać, jednak biorąc pod uwagę to, że w naszej rodzinie wszystkie dzieci zaczęły chodzić na własnych nóżkach przeważnie przed 12-13 miesiącem życia, to z tyłu głowy uznawałam gdzieś to moje marzenie za realne.




Moje marzenie topniało z czasem, gdy zauważyłam, że Młoda ma na liczniku coraz więcej dni, wszystkie kalendarze świata wskazywały te same przedziały wiekowe do kiedy dzieci powinny osiągać kolejny krok milowy w swej motoryce, a my tutaj jakoś daleko w polu z samodzielnym siadaniem jesteśmy. Rzutem na taśmę udało się, jednak w związku z tak późnym osiągnięciem tego celu, na kolejne kroki również trzeba było długo czekać.

Czas najwyższy, by umówić się do fizjoterapeuty. W dniu wizyty, czyli dzień po swoich pierwszych urodzinach, dopiero udało jej się samodzielnie wstać na nogi przy łóżeczku, więc o chodzeniu w ciągu najbliższego czasu przestałam już myśleć.

Diagnoza została postanowiona bardzo szybko - hipermobilność stawów. Nie jest to żadna choroba, tylko jak ujął to lekarz "po prostu taka jej uroda". I ta "uroda" polega na tym, że stawy są zbyt ruchome, przez co dziecko jest mniej stabilne, ciężej utrzymać mu równowagę, dlatego też dużo później rozwija się ruchowo. W tym momencie dodam, że Mysza przez długi czas nie raczkowała - poruszała się przesuwając się na pupie, co bardzo wszystkich śmieszyło i jak się okazało - dobrze, że robiła chociaż w ten sposób, bo inaczej jej rozwój fizyczny byłby bardzo daleko w tyle.

Zalecenie lekarza to rehabilitacja dwa razy w tygodniu przez osiem tygodni, a później lekarz miał ocenić jak będzie się rozwijać ta kwestia dalej.

Ze względu na to, że czas naglił, nie było czasu na kilkumiesięczne czekanie w kolejce na rehabilitację w ramach NFZ, dlatego zapisaliśmy się na sesje prywatne raz w w tygodniu. Pierwsze 3-4 wizyty były straszne - płacz, nerwy, gdy ktoś nagle każe dziecku poruszać się w inny niż do tej pory sposób, a z tych emocji nieraz nawet zdarzyła się krew z nosa. Ja jako rodzic to przeżyłam, a co dopiero taki maluch. Później niektóre zajęcia już zaczęły być nawet zabawne i miłe - masaż kasztanami, zabawy na piłce, podnoszenie się do wysoko zawieszonych zabawek. Po tych 8 tygodniach Młoda zaczęła być bardziej mobilna, czasami chodziła za rękę, ale wciąż nie chciała robić tego sama. Kontynuowaliśmy rehabilitację, gdzie po dwóch kolejnych wizytach udało jej się zrobić trzy, cztery kroczki. Było to jednak bardzo wymuszone przez rehabilitantów, dlatego w pewnym momencie z całymi postępami cofnęła się w rozwoju. W ogóle nie chciała podejmować prób chodzenia, nie pozwalała nawet postawić się na nogi, bo od razu je podkurczała. Nabawiła się pewnego rodzaju traumy, dlatego postanowiliśmy zrobić dłuższą przerwę od zajęć.



Po około dwóch tygodniach postępy wróciły, a nawet nauczyła się chodzić przy meblach. Miała wówczas ok. 15 miesięcy. Postanowiliśmy wyluzować  i dać jej czas do 18 miesięcy, czyli górnych widełek czasowych, do których przewidziany był czas na rozpoczęcie samodzielnego chodzenia. Duże nadzieję pokładaliśmy też w tym, że nauczy się dużo od innych dzieci w przedszkolu, do którego zaczęła uczęszczać. Jak się okazało, po jakimś czasie zaczęła samodzielnie wstawać na nogi (i jaką miała wówczas dumę w oku!) i robić kilka kroczków. Ten stan trwał dość długo, mimo że wiele doświadczonych mamusiek już prorokowało "No! Zobaczysz - jeszcze chwila i zaraz zacznie!".

No, chwila to nie była- taki stan utrzymywał się prawie 2 miesiące. Pewnie specjalnie wyczekała, żeby zrobić mi prezent na dzień Matki, który był jednocześnie dniem jej 18nastego miesiąca, w którym to pobiła swój rekord życiowy i bez upadku przeszła prawie dwie długości ogrodu, czyli  jakieś 150 metrów. I co? Następnego dnia już zaczęła chodzić normalnie. Przez pierwsze parę dni dość niezdarnie, potykając się, a potem śmigała już jak stara. Wydaje mi się też, że ona doskonale czuje słowo deadline.




Przypomniała mi się też pewna rozmowa z moją koleżanką. Moja Młoda miała wówczas koło 7-8 miesięcy, a jej córka niecałe 2 lata. Opowiadała mi o przebiegu jej rozwoju do tej pory i wspomniała, że zaczęła chodzić mając 15 miesięcy. Pomyślałam wtedy, że to jakoś bardzo późno... Głównie dlatego, że najczęściej słyszałam o dzieciach rozpoczynających przygodę pionowego zwiedzania świata między 10 a najpóźniej 13 miesiącem swojego życia.  Jak się okazuje nie można dziecka w żaden sposób ani w żadnym aspekcie zaszufladkować.

Konkluzji można wyciągnąć kilka i na pewno każdy będzie miał własną. Osobiście uważam, że  nawet gdy dziecko mieści się w pewnych widełkach czasowych w swoim rozwoju, to warto iść za intuicją i gdy coś nas niepokoi należy to dla świętego spokoju skontrolować.  Z perspektywy czasu pójście na rehabilitację było dobrym pomysłem, ale nie sądzę, aby była ona absolutnie konieczna - w końcu Młoda zaczęła chodzić, gdy przestała uczęszczać na zajęcia, jednak nie mogę przewidywać, czy jednak bez nich chodzenie nie rozpoczęłoby się później. I jeszcze bardzo ważna rzecz. - najważniejsze to zachować zdrowy rozsądek i nie dać się presji otoczenia. Sama miałam moment, przebłysk głupiej myśli o treści "inne dzieci już dawno chodzą, a moje jeszcze nie", ale skutecznie wyparłam ją z głowy, bo to nie jest konstruktywne w żaden sposób. Złoty środek - to bardzo ważne.

Dajcie znać kiedy Wasze pociechy zaczęły chodzić. Czy kiedykolwiek martwiłyście się o ich rozwój?



W powyższym tekście przedstawiam tylko swoje osobiste doświadczenia i zdobytą w tym czasie wiedzę. Wszelkie kwestie medyczne należy skonsultować ze specjalistą.

Wakacje w Kołobrzegu - polecane restauracje, kawiarnie i atrakcje

Wakacje w Kołobrzegu - polecane restauracje, kawiarnie i atrakcje

Dłuższy urlop od bloga był spowodowany kilkoma czynnikami, ale główne z nich to chwilowa awaria bloggera, przez którą nie udało mi się zapisać żadnego postu a także czas, w którym skupiłam się trochę bardziej na kanale na Youtube podczas minionego urlopu. Z tegoż powodu nie mam za dużo zdjęć, ale chciałabym napisać Wam o kilku ciekawych miejscach, które udało nam się zwiedzić w Kołobrzegu. My zawsze wcześnie zaczynamy wakacje, więc mam nadzieję, że ci z Was, którzy planują wizytę w tym właśnie miejscu w trakcie lata na pewno znajdą coś dla siebie :)



Gdybyście woleli jednak filmidło, to relację znajdziecie poniżej:





Najlepsza kwatera nad morzem


Szukając noclegu braliśmy pod uwagę różne opcje - noclegi z wyżywieniem i bez, udogodnieniami dla dzieci i bez nich, bliżej lub dalej morza. Dla łatwiejszego wyszukiwania korzystaliśmy z porównywarki booking.com. Mąż wypatrzył coś naprawdę fajnego - cztery klimatyczne apartamenty stylizowane na lata dwudzieste - każdy w innym wariancie kolorystycznym. Nam trafił się Apartament Jesienny utrzymany w kolorystyce bordo/ciemnej czerwieni oraz zieleni z ogromnym oknem skierowanym na park (apartamenty znajdują się w lesie) i morze, do którego jest stąd zaledwie 100 m. Każdy z apartamentów posiada aneks kuchenny z wyposażeniem oraz lodówką, telewizję (duży minus - prawie wszystkie kanały po niemiecku), łazienkę z prysznicem i ogromne, wygodne łóżko. Pokój zrobił na mnie duże wrażenie luksusu, czułam się w nim bardzo komfortowo i mogę na pewno polecić apartamenty Kurort - więcej o nich tutaj.

Widok z okna Apartamentu Jesiennego


Gdzie zjeść w Kołobrzegu?


To jak już mamy gdzie spać wypadałoby gdzieś zjeść. Śniadania robiliśmy sobie na miejscu, ale zawsze podczas wakacji nad morzem naszą tradycją i obowiązkiem jest smakowanie ryb. Naszym celem były zatem restauracje oferujące takie przysmaki.

Pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy była restauracja Fishka-Fiszka. Wystrój jest bardzo ładny, schludny, utrzymany w jasnych i morskich kolorach i oczywiście z morskimi akcentami takimi jak wiosła przytwierdzone do ścian, zdjęcia statków oraz okrętów. Robotę robią też kolorowe krzesła. Muszę przyznać, że bardzo miło jest przebywać w takim miejscu. Dodatkowo w samym środku restauracji było wyznaczone duże miejsce z masą zabawek dla dzieci, dzięki czemu w spokoju mogliśmy zjeść posiłek mając pod nosem naszego zajętego zabawą półtoraroczniaka.

 No właśnie - posiłek! Najważniejsza rzecz. Na start zamówiliśmy zupę rybną - od razu mogę napisać, że była najlepsza ze wszystkich zup  rybnych, jakie próbowaliśmy w Kołobrzegu, ale to przez osobiste preferencje, ponieważ zupa była bogata w mięso ryb i warzywa i była też dość pieprzna, co bardzo lubię (mój mąż z  kolei preferuje łagodniejsze smaki). Na główne danie mąż zamówił filet z soli z plackami ziemniaczanymi podane z sosem borowikowym. Smażona ryba przełożona również smażonymi plackami nie sprawiały eksplozji w podniebieniu - rzeczy smażone smakują podobnie, dlatego czasem ciężko było rozróżnić co jest czym, ale z dodatkiem sosu można powiedzieć, że to danie było całkiem dobre, ale bez szału. Ja natomiast miałam łososia z pieca na szpinaku, również z sosem borowikowym i domówiłam do tego pieczone ziemniaki. Kompozycja bardzo smaczna, zresztą każdy fan łososia to potwierdzi.

Jako bardzo krytyczni smakosze na pewno polecamy, zwłaszcza opisane wyżej pozycje. Na duży plus jest też bardzo miła i profesjonalna obsługa z uśmiechem na twarzy.

Następnego dnia podbiliśmy do smażalni ryb Pirania 2. Na początku w ogóle nie chciałam tam iść, bo nie przepadam za smażonymi rybami, jednak okazało się, że przekrój dań jest tam znacznie większy. Nie wiem jak wyglądał środek lokalu, bo zdecydowaliśmy się zjeść na zewnątrz. Miłym akcentem były dostępne dla gości koce do okrycia się, gdyż w tamtym miejscu bardzo wiało.

Wystartowaliśmy zatem z zupami. Oczywiście była zupa rybna - podana w małym garnuszku w czymś w rodzaju podgrzewacza. Bardzo treściwa, smaczna i łagodna. Drugą zupą był żurek (lubię testować ją w różnych lokalach) - naprawdę dobry. Na danie główne zamówiłam pieczonego sandacza - ryba smacznie przygotowana z delikatną śmietaną, jednak niewiele brakowało do tego, by była zbyt sucha. Dała jednak radę :) Ślubny wziął natomiast łososia, który również był dobrze przyrządzony. Zjedliśmy też pierogi ruskie, które zamówiliśmy dla Młodej, ale jakoś jej nie podeszły, nam natomiast całkiem zasmakowały.

Pirania 2 Kołobrzeg


Najlepszy hit znaleźliśmy natomiast na sam koniec pobytu. Piękna restauracja, z uroczym ogrodem nad którym unosi się winorośle - restauracja "Pod Winogronami". Na początek poza zupami zamówiliśmy też przystawkę, żeby Młoda też na szybko mogła coś schrupać. Były to grzanki czosnkowe w wydaniu jakiego jeszcze nie próbowałam - pokrojony w grube słupki chleb razowy nasączony masłem czosnkowym z dodatkiem kosteczek sera. Było to naprawdę pyszne i bardzo sycące. Zaraz po nich zjedliśmy zupy - oczywiście żurek i rybną. Żurek smakował mocno mięsem, przez co miałam wrażenie, że jest taki bardzo staropolski i smaczny. Zupa rybna również była smaczna, jednak odrobinę dla mnie za słona, ale akurat po prostu preferuję mniej słone dania. Na drugie danie szanowny małżonek zamówił oczywiście łososia. Był podobno bardzo dobry, ale zaskakujące było też to, że ryż podany do tego dania także był wyjątkowo dobrze przyrządzony. Prawdziwym mistrzostwem była natomiast moja zapiekanka z sandacza po moskiewsku. Dostałam wielką michę, w niej pyszny filet z ryby z pieczarkami i cebulką, zapieczone razem z krewetkami pod serem oraz jajkiem. To było tak pyszne, że śni mi się po nocach. Bardzo ciekawa i smaczna kompozycja. Niestety wszyscy byliśmy pełni już po samej przystawce i zupie, dlatego zjadłam mniej niż połowę. Dla Mychy zamówiliśmy filecik z soli z frytkami. Generalnie nie podajemy jej smażonych dań, jednak na wakacjach zdecydowaliśmy się na mały wyjątek. Tatuś trochę jej podjadł, bo rybka była naprawdę smaczna ;) Co do samej restauracji to jest naprawdę mega. Gdy wrócę do Kołobrzegu, a zrobię to na pewno, koniecznie muszę zajść tam jeszcze raz!

"Kelner! Rachunek proszę!"
Restauracja Pod Winogronami Kołobrzeg



Małe co nieco


Nie ma dobrego wypadu na wakacje bez skosztowania pysznej kawy i czegoś słodkiego. Apartament, który wynajęliśmy, znajduje się nad kawiarnią Cafe Kurort - jest to tak naprawdę jeden obiekt. Jako goście dostaliśmy 10% zniżki co tym bardziej zachęciło nas do zajrzenia piętro niżej. Kawiarnia jest przepiękna, stylowa, utrzymana w tym samym duchu co apartamenty. Dużym atutem bliskości tej kawiarni było też to, że w czasie popołudniowej drzemki Młoda kimała na górze, a my raczyliśmy się kawą i ciastkiem piętro niżej, mając na nią oko przez kamerkę. Zdradzę od razu - mimo, że lubimy testować, to jak raz zasmakowaliśmy się w ich kawie i szarlotce na ciepło z lodami to przepadliśmy i poszliśmy tam kilka razy. Szarlotka naprawdę wymiata, torcik owocowy bardzo smaczny, a ciasto snicers - zabójczo dobre. Każde ciacho podane jest z dużą porcją owoców - malin, truskawek i borówek. Skusiłam się również dwa razy na drinka - szczerze powiem, że podane zostały bardzo ... instagramowo ;) Dodatkowo bardzo miła obsługa, witająca nas serdecznie za każdym powrotem. Tam również zajrzę ponownie, gdy uda mi się zawitać raz jeszcze do Kołobrzegu.

Z ciekawości weszliśmy też do kawiarni "Widokówka", która mieści się na XII piętrze uzdrowiska o nazwie "Perła Bałtyku". Na takiej wysokości mamy widok na całe morze oraz panoramę miasta. Mały problem był tylko w tym, że chcieliśmy usiąść na zewnątrz, by podziwiać widoki, jednak wszystkie stoliki były bardzo brudne (jakiś duży paproch okazał się nogami martwego ptaka...), jednak bardzo chciało nam się kawy, więc spędziliśmy tam czas wewnątrz kawiarni, która z kolei była bardzo ładna i schludna. Moje kawa Latte była bardzo dobra, tak samo deser - zmiksowane truskawki + jogurt (oczywiście Młoda zjadła mi pół). Mąż zamówił sernik i uznał go za wystarczająco dobry. Jak to bywa w takich miejscach - ceny także były wysokie, ale tego raczej należało się spodziewać. Widok naprawdę był piękny (dlatego polecam zajrzeć do mojego Vloga na YT, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście).

Są wakacje - powinny być lody. Trafiliśmy na jedne  w punkcie, który nazywa się Magnum. Lody nosiły miano tradycyjnych, a przyzwyczajona do wysokiej jakości testowanych do tej pory lodów tradycyjnych, liczyłam na naprawdę przyzwoity smak. Smaku jednak nie było wcale poza jednym - płynem do mycia naczyń. Wzięliśmy każdy po dwie gałki i to co jedliśmy kompletnie nie pasowało do zamówionych smaków. Niestety nasze lody wylądowały w koszu na śmieci, bo ich dalsza konsumpcja nie miała  w ogóle sensu, bo tylko psuła nam humor. Nigdy, nigdy więcej.

Nadmorskie atrakcje


Co mnie najbardziej zachwyciło w Kołobrzegu? Piękne miejsce, ścieżka wzdłuż morza, która biegnie w lesie, liczne zejścia na piękną, piaszczystą plażę, duże i zadbane molo, dużo miejsc do spacerowania, biegania, jeżdżenia na rowerze, obiekty do ćwiczeń (a przy ul. Sikorskiego już wkrótce mnóstwo bujawek dla dzieci). Z płatnych atrakcji byliśmy w Mieście Myszy - to może być ciekawe dla bardzo małych dzieci, ale to przygoda na jakieś 10-15 minut. Chcieliśmy też się wybrać do oceanarium i aquaparku, ale po przeczytaniu opinii w Internecie zrezygnowaliśmy. Całe szczęście w tym miejscu można spędzić dużo czasu bardzo aktywnie bez konieczności wydawania dodatkowych pieniędzy. Moje serce zastało skradzione.

Miasto Myszy w Kołobrzegu

Miasto Myszy - Kołobrzeg

A czy Wy byliście już w Kołobrzegu? A może wybieracie się tam w tym roku? Dajcie znać!
Gdzie podział się mój niemowlak?!

Gdzie podział się mój niemowlak?!

Uderzyło we mnie właśnie to co zapewne spotyka większość rodziców. Słysząc codziennie jak coraz bardziej moje dziecko odkrywa swój indywidualizm, mówiąc przy tym wielokrotnie ulubione i stanowcze słowo "NIE!" oraz pokazując paluszkiem  niczym manager wysokiego szczebla rzeczy, które koniecznie chce teraz mieć, zaczynam się zastanawiać, gdzie ten mały naleśnik, który zawinięty w rożek ciągle spał i budził się tylko na jedzenie, kąpanie i przewijanie. No gdzie? Nie wiem do tej pory.

Jedyne co pozostało to wspomnienia oraz zrobione do tej pory zdjęcia i filmiki. Bardzo lubię przeglądać te archiwa i wspominać, by móc w ogóle uwierzyć w to, że ten mały krasnal był kiedyś jeszcze mniejszy, można go było trzymać na jednym ramieniu bez wysiłku, ciągle spał i nie trzeba było mieć oczu dookoła głowy i miliona odpowiedzi w zanadrzu na niektóre pytania i zachowania (choć ten etap dopiero przede mną).

Z wywiadu środowiskowego dowiedziałam się, że różni rodzice w bardzo różny sposób patrzą na etapy rozwoju swojego dziecka. Ja należę do tych, dla których najlepszym jak do tej pory był moment do 6 miesiąca życia - Młoda spała bardzo długo, była bardzo wesoła i rezolutna, nie męczyły ją jeszcze zęby, a skoki rozwojowe przechodziła w miarę łagodnie. Dla innych jest to moment, kiedy dziecko zaczyna przesypiać noce, skutecznie przestało używać pieluszki czy też jak zaczęło chodzić. Na pewno duży wpływ ma na to kwestia tego jakie dziecko w ogóle jest. Mojemu niedługo stuknie 18nastka (miesiącowa) i naprawdę nie ma z nią większych problemów - marudzi czasem jak większość dzieci, przynajmniej raz w miesiącu choruje (żłobek...), czasem popłacze, bo ząbki się wyrzynają albo denerwuje się jak klocek nie chce wejść w odpowiedni otwór, ale poza tym nie jest upierdliwa, lubi się wygłupiać, a w żłobku jest ulubienicą zarówno cioć jak i innych, starszych dzieci.

Zawsze będę z sentymentem wspominać nasze pierwsze wspólne chwile, ale z czasem tych ciekawych momentów jest coraz więcej i staram się zbierać je w pamięci jak najświętszą kolekcję :)

Czy Wasze pociechy też tak szybko rosną, czy tylko Moja? :)
Eurowizja - dlaczego warto oglądać?

Eurowizja - dlaczego warto oglądać?

Dzień dobry wszystkim fanom i antyfanom Konkursu Piosenki Eurowizji!

Napiszę prosto z mostu - jestem WIELKĄ FANKĄ konkursu Eurowizji. Od kilku lat czekam tylko na początek maja, bo oprócz majówki rozgrzewa mnie również ta wspaniała impreza muzyczna, gdzie przedstawiciele różnych europejskich (i nie tylko) krajów walczą swoim głosami o zwycięstwo najlepszej tego roku piosenki. Nie zawsze dopinguję naszym, bo moim zdaniem nie zawsze dany utwór jest wystarczający na tego typu konkurs, ale gdy tylko jest światełko nadziei trzymam mocno kciuki za jak najlepszą pozycję Polski w rankingu.

Zasadniczo Konkurs odbywa się w kraju, którego przedstawiciel wygrał w poprzednim roku. W 2017 roku zwycięstwo zgarnęła Portugalia dzięki młodemu artyście - Salvadorovi Sobral - zatem już od  8 maja możemy obejrzeć festiwal, który odbędzie się w pięknej Lizbonie.


Znam wiele osób, które nie lubią tego typu eventów, podam Wam jednak garść powodów, dlaczego to lubię i dlaczego warto obejrzeć Konkurs Piosenki Eurowizji:

1. Konkurs na wysokim poziomie - często do przygotowania piosenki na Eurowizję zbiera się sztab znanych specjalistów - producentów, kompozytorów, tekściarzy itp. choć nie jest to reguła. Często takie utwory, nawet jeśli nie przejdą krajowych eliminacji, stają się hitami (w tym sezonie na pewno już słyszeliście Martę Gałuszewską w utworze "Nie mów mi nie"). 

2. Wielokulturowość - z biegiem czasu i postępowością zanikło wiele cech konkursu związanych z koniecznością uwypuklenia kultury danego kraju - przede wszystkim chodzi mi o używanie narodowego języka - jednak wciąż wielu artystów wplata do swoich utworów folklor muzyczny (czadu dali Cleo i Donatan z piosenką "My Słowianie", zajmując tym samym 14 miejsce w finale Eurowizji w 2014 roku) lub korzystają z barw narodowych.

3. Show - nie zawsze jest to gwarantem sukcesu, ale dobry performance potrafi mocno podnieść piosenkę w rankingu. Klasycznym przykładem może być rok 2006, gdzie Finlandia i jej reprezentant - zespół hardrockowy Lordi do utworu "Hard Rock Hallelujah" przygotowali największe do tego czasu show. Członkowie zespołu zostali przebrani i profesjonalnie ucharakteryzowani na diabły i demony, a w kulminacyjnym momencie piosenki widzom ukazały się rozpościerające z pleców głównego wokalisty ogromne, czarne skrzydła. Piosenka, choć naprawdę dobra, to moim zdaniem bez takiego przedstawienia nie miałaby widoków na pierwsze miejsce. Dobrym przykładem nowoczesnego podejścia do eurowizyjnego performensu jest kandydat Rosji - Sergey Lazarev, który do piosenki "You Are The Only One" na maksa wykorzystał złudzenia optyczne, grę świateł i ich synchronizację z własnymi ruchami. Oczywiście miejsce na podium. Nie ma co dużo pisać - obejrzyjcie te klipy poniżej.

 
 Lordi - Hard Rock Hallelujah
 
Sergey Lazarev - You Are The Only One

 
4. Atmosfera konkursu - przeważnie w trakcie takiego konkursu, jako przerywnik między wystąpieniami oraz na czas głosowania gospodarze danej edycji organizują ciekawe materiały (np. na temat kraju - gospodarza), występny znanych gwiazd, pokazy taneczne lub podobnego pokroju przedstawienia. Najwyższy level w tym wszystkim osiągnęła Szwecja w 2016 r, gdzie prowadzącym byli Måns Zelmerlöw - zwycięzca konkursu w 2015 roku oraz Petra Mede - prezenterka telewizyjna i satyryczka (z dużym doświadczeniem - jako jedyna prowadziła konkurs Eurowizji aż 3 razy). Ich pełen energii duet pokazał jak mocno Szwecja kocha muzykę, śpiewająco sprzedali przepis na wygranie Eurowizji i zaskoczyli wszystkich wspaniałym musicalem. Koniecznie musicie to zobaczyć ⬇️⬇️⬇️  Dodatkowo występ dał Justin Timberlake - gwiazda światowego formatu, która właśnie podczas tego występu przedstawiła swój najnowszy kawałek.

 Måns Zelmerlöw and Petra Mede - Love Love Peace Peace

 Måns Zelmerlöw and Petra Mede - otwarcie półfinału

5. Nieprzewidywalny trend -  dwie dekady temu wygrywały piosenki wzruszające i liryczne. Później górę wzięły te wesołe i skoczne. Z czasem zaczęło się to mieszać i już ciężko odgadnąć, na co zwrócą uwagę komisja i publiczność. Czy znowu warto zainwestować w show (patrz punkt 3)? W ubiegłym roku zwycięzca nie miał absolutnie żadnego przedstawienia ani efektu specjalnego, nawet nie występował na głównej scenie, tylko na jednej z bocznych. To może warto poruszyć odbiorcę do głębi jak to zrobiła Jamala śpiewając o  historii swoich tatarskich przodków deportowanych przez Rosjan? Wydaje mi się, że w tym roku popłynę  z prądem i nie będę przewidywać nieprzewidywalnego. 


Za to uwielbiam Eurowizję. Ma ona oczywiście swoje wady - przeciwnicy konkursu słusznie dopatrują się upolitycznienia i głosowania wobec sympatii do danego kraju, mniej zważając na jakość wykonania. Ja natomiast czerpię radość z każdej piosenki, regularnie odsłuchuję playlisty z niektórymi piosenkami z danej edycji, które wpadły mi w ucho (pierwsza z brzegu Aminata i jej Love Injected ♡).  Słuchając radio lub błądząc po sieci nie znalazłabym wielu perełek, które odkryłam dzięki ESC. 

Jeśli macie ochotę obejrzeć Eurowizję to start zaczyna się już jutro o godzinie 21:00 na antenie TVP. Naszych reprezentantów można obejrzeć w drugim półfinale i trzymać za nich kciuki 10 maja - pod numerem 11 naszym przedstawicielem będą Gromee i Lukas Meijer w piosence  Light Me Up.



Dajcie znać, jakie jest Wasze zdanie na temat Eurowizji - będziecie oglądać?  
Copyright © 2014 Paulenta - Subiektywny blog kobiecy , Blogger