Królestwo za jedną przespaną noc!

Królestwo za jedną przespaną noc!

Podziwiam wszystkich rodziców, których dzieci nie dają im pospać od urodzenia do 2-3 roku życia. Uważałam, że nie należę do ich grona i nigdy (przynajmniej z 'aktualnym' dzieckiem) nie będę należeć.  O ironio....



Moje dziecko spało bardzo ładnie praktycznie od samego urodzenia. Na sali poporodowej, gdzie byłam z czterema innymi kobietami, budziły mnie w nocy tylko krzyki ich dzieci. Moje ciągle spało. Płakało tylko, gdy budziłam je na jedzenie, przewijanie i przy kąpieli. Po powrocie do domu w nocy bardzo rzadko budziła się sama z siebie. Musiałam nastawiać sobie budzik, żeby móc ją nakarmić  co 3-3,5 godziny. Raz przez przypadek wyłączyłam budzik i obudziłam się z przerażeniem dopiero po 7 godzinach od poprzedniego karmienia. A ona sobie smacznie spała dalej. 

Jak skończyła 1.5 miesiąca stwierdziliśmy, że nie trzeba jej już budzić w nocy i pozwolić jej spać ile chce. Usypiała późno, bo koło godziny 23-24, ale spała ciurkiem bez ani jedniutkiej  malutkiej pobudeczki do 9-10 rano. Budziła się z uśmiechem i radością, robiłyśmy czynności higieniczne, kilkanaście minut zabaw i pora na jedzenie. I co wtedy? Usypiała jeszcze do godziny 12... 

Ahh jakże nam wszyscy zazdrościli, że taka grzeczna, radosna i na dodatek śpi jeszcze całą noc! Uwierzcie mi, że już wtedy to doceniałam i myślałam, że w tej kwestii to lepsze niż wygrana w totka. Przed porodem nastawiałam się raczej na najgorsze, żeby być po prostu przygotowaną na wszystko, a tu takie miłe zaskoczenie. 

I pomyślałam, że ta nocna sielanka będzie trwała wiecznie. Wymyśliłam sobie teorię, że raczej dzieci na początku nie przesypiają nocy i zaczynają robić to z czasem, a skoro nasza Młoda już to potrafi to nic nie powinno się zmienić. 

A jednak się zmieniło. Te piękne chwile trwały do 6 miesiąca. Później coś się przestawiło, a powodów może być tak wiele, że nawet wiem, co jest właściwą przyczyną. 

Na początku nie było źle - budziła się raz, może dwa "na cyca" i spała dalej. Podejrzewałam, że przeżywa swój pierwszy długi wyjazd na wakacje albo może idą zęby, a z drugiej strony może to rozszerzenie diety tak działa... Gdy miała jakieś 7 miesięcy zaczęła budzić się częściej i spała dalej tylko np. budziła się o 4 czy 5 rano pełna werwy i energii i nie spała przez 2-3 h. W tym czasie faktycznie wychodziły pierwsze zęby, ale gdy już wyszły było trochę lepiej, ale wciąż nie przesypiała całych nocy. No, zdarzyły się może 2-3 razy, ale wyjątkowo. Koło  9-10 miesiąca zaczęły wychodzić jej kolejne pary zębów... Pobudki co 2-3h na lulanie. Teraz ma miesięcy 11, jest przeziębiona i to normalne, że przez zatkany nosek nie śpi dobrze. Ale zanim zaczęła być chora to potrafiła przez jakiś czas budzić się co 20 minut, pospać ciągiem 2-3h i znowu co 20 minut pobudki... Jak zdarzy się tylko zakwilić raz, dwa razy w nocy za smoczkiem lub poklepaniem to jestem mega usatysfakcjonowana. 

A z tyłu głowy ciągle mi siedzi, że to tylko chwilowe. Przecież ona lubi spać, w końcu zatrybi ponownie. A potem przypominam sobie o dzieciach nieśpiących, co mają po 2-3 lata.... 

Gdy częstotliwość pobudek stała się masakryczna to miałam 2-3 noce z bardzo nadszarpniętą psychiką. Klepiąc ją już drugą godzinę, próbując uluać, zanosiłam się płaczem i z żalem mówiłam bardziej do siebie niż do niej "Dlaczego nie śpisz? Co jest? Czemu nie możesz po prostu usnąć....". Wtedy budził się mój mąż, który wkraczał do akcji pod kryptonimem "Klepanko usypianko". Z czasem po prostu się przyzwyczaiłam. I ni ciula nie wiem jak po tak nieprzespanej nocy ona wstaje rano z tak dobrym humorem.

Ja naprawdę myślę, że niedługo będzie ok, cieszę się, że miałam te pół roku dobrze przespane, bo teraz jest ciężko. I tak jak już pisałam - podziwiam tych rodziców, którzy nie mieli ani chwili wytchnienia. 



Dajcie znać jak tam Wasze pociechy się w nocy sprawują? Macie ten problem? A może Wasze dzieci były i są cały czas takimi sennymi aniołkami?

Kosmetyki MakeUp Revolution w mojej toaletce

Kosmetyki MakeUp Revolution w mojej toaletce

Dzisiaj postanowiłam skupić się na jednej marce kosmetycznej. Zauważyłam, że firma ta ostatnio wypuściła na rynek dużo nowości, których byłam ciekawa. Postanowiłam zerknąć ile ich produktów już przetestowałam i okazało się, że jest tego więcej niż myślałam. Na podstawie tych kosmetyków, które już posiadam, mam wyrobioną pewną opinię na temat tej marki, ale o tym w podsumowaniu.

A o to moje kosmetyki MakeUp Revolution:



Matowa pomadka do ust




Przy okazji zakupów w drogerii internetowej wrzuciłam ją z ciekawości do koszyka. Była śmiesznie tania - koszt ok. kilka złotych. Użyłam ją zaledwie kilka razy, bo na samym początku nakładania pomadka ma fajną, kremową konsystencję, która niestety na ustach szybko zasycha i warzy się co wygląda bardzo nieestetycznie. Dodatkowo bardzo nieprzyjemnie nosi się ją na ustach.

Pigment sypki 




Nałożony zarówno na bazę jak i bez w ogóle nie ma koloru, pozostaje tylko sam brokat, który jest akurat bardzo ładny, bo drobno zmielony. Czasami używam na powieki, ale bardzo lubię używać go latem na ciało - głownie ramiona i obojczyki.

Tint do brwi 




Bardzo przypadł mi do gustu. Posiadam kolor czarny, choć zazwyczaj używam ciemnych brązów. Konsystencja jest bardzo fajna - ani za gęsta, ani za rzadka. Dość szybko zastyga na brwiach, trzyma się cały dzień. Porzuciłam go nieco kosztem testowania innych rzeczy do brwi i trochę o nim zapomniałam, ale coś czuję, że wrócę :)

Paleta korektorów medium dark



Kupiłam tę paletę głównie w celu konturowania na mokro, dlatego tak jak widać wykorzystałam tylko dwa kolory. Porzuciłam tę paletę na rzecz kredek do konturowania, a po opublikowaniu tego postu trafi ona do kosza, bo po prostu nie jestem w stanie jej wykorzystać i kolory mi się nie przydadzą.

Róże do policzków sugar and spice




Tak jak widać po stanie opakowania używam namiętnie :) Mam kilka innych róży, ale ta paleta jest moją ulubioną. Dwóch z nich używam wyjątkowo rzadko, ale całą resztę bardzo regularnie. Kolory są naprawdę piękne i mogę je dopasować do większości makijażowych look'ów.

Paleta cieni day to night




Wyrażenie, jakie mi się ciśnie na usta na temat tych cieni to tyle, że są OK. Pigmentacja jest ok, kolory ładne, ale szkoda, że bez mattów, trochę traci na intensywności przy aplikacji. Nie trzymają się szczególnie długo, ale na bazie jest OK... Nie są to moje ulubione cienie, ale dla tych kolorów fajnie ją mieć, by móc gdzieś w makijażu wprowadzić ich akcent.

Moja opinia

Plusy:
➤ dobre przełożenie ceny do jakości
➤  szeroki asortyment
➤  funkcjonalnie zaprojektowane opakowania (np. lusterko w paletach, tubki dozujące odpowiednią ilość produktu)
➤  produkty nadążające za makijażowymi trendami
➤  częste nowości

Minusy: 
➤  słaba jakość opakowań
➤  średnia jakość produktów 

Jak widać, plusy są w znaczącej przewadze. Wydaje mi się, że jest to marka skierowana do konkretnej grupy docelowej, która byłaby z niej w pełni zadowolona. Chcąc jednak konkretny produkt o naprawdę dobrej jakości i mając na to większy niż mniejszy budżet tej firmy raczej bym nie obstawiała.

Aaa i jeszcze jedna ważna informacja - od czasu, kiedy mam powyższe produkty, MakeUp Revolution bardzo się zmieniło - zarówno z opakowaniami jak i zapewne ze składami. Nie wiem jak obecnie wyglądają cenowo i jakościowo, dlatego z czasem na pewno zakupię kolejne produkty ich marki, ale weźcie proszę to pod uwagę przy mojej opinii :)

A Wy macie doświadczenia z marką MakeUp Revolution? Jakie są Wasze wrażenia? 
6 kroków do jesiennego relaksu wieczorową porą

6 kroków do jesiennego relaksu wieczorową porą

Ostatnimi czasy jestem tak zmęczona, że nie potrafię wypocząć. Czasem nawet nie potrafię zasnąć. W takich wypadkach muszę posiłkować się specjalną atmosferą, która wprowadzi mnie w odpowiedni stan relaksu, dzięki któremu będę mogła bez problemu zasnąć. Polecam Wam spróbować bez względu na to, czy tak jak ja jesteście młodymi rodzicami, którzy w pewnym momencie czekają tylko, aż pociecha pójdzie spać, czy też jesteście wykończeni po całym dniu/tygodniu pracy lub intensywnych zajęć. A, i dodam jeszcze, że nie będzie to klasyczne okrycie się kocykiem i wszamanie czekolady ;)

1. Skup się tylko na sobie - wiem, że nie jest to łatwe. A bo to garnki w zlewie/trzeba wstawić zmywarkę, przygotować się na jutro do pracy/szkoły, tu posprzątać, tu coś umyć, tu przetrzeć... Niestety tak zrelaksować się nie da, dlatego trzeba sobie powziąć jeden taki wieczór, gdzie wyłączycie się od wszystkich obowiązków i skupie się na sobie. Reszta nie ucieknie ;)

2. Nastrój - niekoniecznie muszą to być świeczki, choć fajny zapach też zrobi atmosferę. Ja lubuję się ostatnio w lampkach i cotton balls'ach oraz lampionach. W zimniejsze dni odpalamy też czasem mały biokominek, ale on hajcuje naprawdę dużo ciepła, za którym w nadmiarze raczej nie przepadam.

3. Pyszny napój - u mnie wieczorową porą to często jest herbata (a ostatnio w prezencie dostałam ich dużo), ale to niekoniecznie musi być coś na ciepło. Mężowi często robię shake na bazie jogurtu z bananem i gruszką lub po prostu mleko z miodem. Najważniejsze, żeby Wam smakowało, ale jednocześnie nie kojarzyło się z jakąś codzienną rutyną.

4. Muzyka - wiem, że nie każdy lubi relaksować się przy głośniejszej  muzyce. Ja wolę słuchać na słuchawkach nagrania ASMR, które mnie odprężają, ale np mój mąż cieszy się, że może odpalić sobie swoje ulubione playlisty na Spotify :)

5. Odmóżdżacz- czasami powyższe kroki razem wzięte wystarczą, ale mnie zawsze czegoś brakuje. Muszę jeszcze coś zrobić np. obejrzeć jakiś film (seriale rzadko, a Gra o tron nie wiadomo kiedy wróci) lub przeczytać książkę.

6. Ruchowo - zazwyczaj ten krok stosuję zamiennie lub łącznie z krokiem powyższym, ponieważ nie starcza mi tyle czasu, a jeśli macie namiary na kogoś, kto potrafi wydłużać dobę o chociaż godzinę to dajcie koniecznie znać. A o co mi chodzi z tym ruchem - do serialu/filmu odpalam czasem hula-hop. Takie kręcenie bioderkami też potrafi odprężyć, a przy okazji niektórym znikną boczki. Rzadziej używam stepper, bo jest trochę  zbyt głośny, ale też bez problemu można w tym samym czasie słuchać muzyki.

A jest jeszcze coś, co niedawno odkryłam, czyli JOGA! Wydaje mi się, że to moja nowa miłość. Nie znamy się jeszcze za dobrze, ale dogadujemy się idealnie. Skończyłam dopiero Jogę dla początkujących, którą znalazłam na YouTube. Niesamowity kanał, który odkryłam jest prowadzony przez Małgosię Mostkowską - to jak wprowadza w świat jogi jest wspaniałe. Sam jej spokojny, miły głos jest bardzo relaksujący, polecania są jasne i przejrzyste. Jest to bardzo miła odmiana od Ewy Ch., gdzie słyszysz "Dobrze! Dasz radę! Spróbuj jeszcze trochę, wytrzymaj! Boli, ale warto!". U Małgosi jest wszystko na spokojnie - nie stresujesz się, wszystko swoim tempem, nic na siłę, z czasem się uda i nie trzeba nic od razu. Jak skończyłam ćwiczyć to mój mąż powiedział, że jest zrelaksowany od samego słuchania. Ja natomiast po tych ćwiczeniach czuję się lekka jak piórko, odprężona i często mam ochotę na więcej i  po prostu sobie po tej jodze tańczę ^^





To wszystko moi drodzy,  na tyle raz na jakiś czas mogę sobie pozwolić. Każdy ma swój sposób na relaks, a ja chętnie posłucham jak to wygląda u Was. Może jest coś, o czym nie myślałam, a z chęcią wypróbuję :)
Khadi - Ajurwedyjski Olejek Stymulujący Wzrost Włosów

Khadi - Ajurwedyjski Olejek Stymulujący Wzrost Włosów

Znany i lubiany olejek dla tych niecierpliwych, które chcą jak najszybciej zapuścić roszpunkowy warkocz, ale też i ratunek dla zmagających się z nadmiernym wypadaniem włosów. Ja należę do obydwóch grup, więc specyfik ten jest idealny dla mnie. Bo naprawdę działa.


100 ml złotego, gęstego płynu o ziołowym zapachu zamknięty w szklanej buteleczce z pipetką. Dla jednych zapach nie do zniesienia, dla drugich rozkosz dla nozdrzy. Mnie nawet pasuje. Pipetka daje radę, jednak wolę wylać sobie płyn prosto z butelki, rozprowadzić na opuszkach palców i wówczas wmasować w skórę głowy. Staram się trzymać ten olej na włosach tak długo jak się da, ale przeważnie są to dwie, w porywach trzy godziny. Myję dokładnie szamponem i bardzo długo spłukuję. Włosy i skalp nie są tłuste.



Olejek ten stosowałam dwukrotnie na przestrzeni ok. 2 lat. Za pierwszym razem zależało mi głównie na przyspieszeniu porostu włosów i efekt był jak najbardziej zauważalny. Przeważnie włosy rosną mi bardzo wolno, a mąż lubi długie ;) Dodatkowo zauważyłam, że włosy u nasady są takie bardzo ładne, gładkie i lśniące, a zazwyczaj mam taki brzydki, odstający meszek. Nie spodziewałam się takiego efektu, ale bardzo się z niego ucieszyłam! Później olejek się skończył i jakoś nie dokupiłam następnego opakowania...

... dopóki włosy nie zaczęły wypadać mi po ciąży. Podobno podczas ciąży rosną jak szalone, ale u mnie zaczęły błyskawicznie rosnąć dopiero po i to razem z wypadaniem. Nie mogłam znieść widoku walających się włosów dosłownie wszędzie. Już myślałam, ze zaczniemy jeść spaghetti z włosów, ale przypomniałam sobie o tym olejku. I teraz nie wiem na ile to kwestia hormonów, a na ile jego działanie, ale wypadanie nieco przystopowało. Przyznam też, że nie stosuję go też tak regularnie jak kiedyś, ale zauważyłam coś, czego przy po poprzednim stosowaniu nie było, czyli wysyp małych włosów na czubku głowy, czyli tak zwanych baby hair:


I nie - nie jest to nieudana grzywka tylko włosy, których wcześniej tam nigdy nie było. Niestety wciąż mam meszek na głowie i brakuje mi tej gładkości, ale mimo wszystko zadanie swoje spełnia na 100%.

Serdecznie polecam go wszystkim z problem wypadających włosów i wolnego wzrostu. Testowałam już kilka specyfików i ten sprawdził się u mnie najlepiej, zwłaszcza że koszt to niecałe 40 zł.

Chętnie posłucham jednak, czy u Was sprawdziło się coś podobnie. Macie swój hit w pielęgnacji długości włosów?
Studia dzienne, zaoczne i praca na etat - czy to możliwe?

Studia dzienne, zaoczne i praca na etat - czy to możliwe?

Mamy już połowę października, studenci studiują już pełną parą, na forach pełno tematów związanych z egzaminami, grafikami czy dodatkowymi zarobkami. Natchnęło mnie to do opisania tutaj najbardziej intensywnego roku w moim życiu, czyli  okresu pokrywającego się z ostatnim rokiem studiów magisterskich. Nakreślałam już z grubsza tę kwestię na moim kanale na YouTube (kliknij tutaj i zobacz film), ale że gadam zazwyczaj bez ładu i składu to przejrzyściej będzie, jeśli zbiorę te wszystkie informacje i opiszę je na blogu.



Na początek krótkie nakreślenie sytuacji

Studiowałam sobie grzecznie w trybie dziennym studia licencjackie łapiąc się od czasu do czasu prac dorywczych i dorabiając sobie w wakacje. Na trzecim roku złapałam stałą pracę na pół etatu, którą bez problemu mogłam pogodzić ze studiami. Na studiach magisterskich (pierwszy rok magisterki - czwarty rok ogólnie studiów) czułam już, ze kiepsko wybrałam kierunek, ale szkoda byłoby zaprzepaścić szansę na tytuł magistra (proszę, nie oceniajcie), dlatego postanowiłam trochę się przekwalifikować.


Wybór studiów podyplomowych

W tym samym czasie prowadziłam też bloga i dzięki niemu liznęłam troszkę w kwestiach marketingu internetowego. Pchnęło mnie to w kierunku studiów podyplomowych. Poszłam do najbardziej polecanej szkoły w moim mieście i zapisałam się na kierunek Innowacyjny E-marketing. Wyszłam z dziekanatu z papierami wielce zadowolona, że ruszę się z rozwojem osobistym i zrobię coś dla siebie. Zjazdy co drugi weekend, co trochę mogło się kłócić z moją pracą, która była głównie weekendowa, ale byłam pełna nadziei, że wszystko się poukłada.

Zmiana pracy

Idąc za ciosem pomyślałam sobie, że może ruszyć z czymś jeszcze i na przykład zmienić pracę. Pracowałam jako sprzedawca w galerii handlowej i chyba nie muszę dodawać, że nie wiązałam dalszej przyszłości z tym stanowiskiem.  Choć był to lipiec to nie miałam zbyt dużo czasu na poszukiwanie pracy przez obecne zajęcie, a także przez blog, który wówczas prowadziłam (tematyka bardziej kulinarna), dlatego wysłałam raptem kilka CV na interesujące mnie ogłoszenia. Skorzystałam z jednego zaproszenia na rozmowę kwalifikacyjną, bo bardzo kusiło mnie to, że była to praca w branży kosmetycznej. Po rozmowie dowiedziałam się, że jest to jeden z dwóch etapów rekrutacji - drugi to rozmowa trzech kandydatów wybranych z pierwszego etapu z właścicielem firmy, czyli szefem wszystkich szefów.  Miałam dostać informację zwrotną po paru dniach, jednak bardzo mocno dostałam do zrozumienia, że chcą mnie widzieć na drugim etapie co bardzo mnie ucieszyło :)

W tym momencie zaczęłam się zastanawiać, co bym zrobiła, gdybym dostała tę pracę. Plusy były takie, że rozpoczęłabym już swoją ścieżkę zawodową, charakter pracy i branża mi odpowiadały, co było dobrą podstawą do dalszego rozwoju, pełen etat więc i pieniądze większe, więc mogłabym spokojnie z wypłaty opłacać czesne za studia podyplomowe nie ruszając oszczędności. Z drugiej jednak strony były dwa słabe punkty tego planu. Po pierwsze - co ze studiami? Musiałabym przejść na studia zaoczne (tylko jak to pogodzić ze zjazdami ze studiów podyplomowych?), ewentualnie wziąć urlop dziekański lub starać się o Indywidualny Tok Studiowania, który nie wiadomo było, czy by przeszedł przy ośmiu godzinach pracy. Po drugie - baaardzo daleko położone miejsce pracy od mojego miejsca zamieszkania. Mieszkałam wówczas na obrzeżach miasta, a biuro było na zupełnie drugim jego końcu.  Musiałabym jechać trzema środkami transportu z dwoma przesiadkami - autobusem, tramwajem i znowu autobusem. Podróż trwałaby 1.5h w jedną stronę. Byłam jednak na tyle młoda (he he he..) i zdeterminowana by spełniać się zawodowo, że byłabym skłonna dokonać takiego poświęcenia.

Po paru dniach dostałam telefon, że jak najbardziej dostałam się do drugiego etapu rekrutacji, jednak muszę jeszcze chwile poczekać za datą, bo szef wszystkich szefów ostatnio nie ma czasu (kilka hurtowni, sieć znanych sklepów w całej Polsce i kilka firm usługowych do ogarnięcia...). Dostałam jeszcze jedną, przykrą wiadomość - oferta to umowa o pracę na zastępstwo o czym zapomniano wspomnieć w ogłoszeniu i na pierwszej rekrutacji. Nie powiem - zdenerwowałam się. Podziękowałam za informację i zaczęłam jeszcze głębiej dumać. W końcu miałam pod tę pracę zmienić całe swoje dotychczasowe życie ... i to jeszcze nie wiadomo na jak długo. Porozmawiałam o tym wszystkim z moim jeszcze wtedy chłopakiem (ło rany, kiedy to było!) i mimo wszystko pomyślałam, że zaryzykuję i jeśli miałabym dostać tę pracę to ją podejmę. Zawsze mocna pozycja z moim CV.

Jak się domyślacie - dostałam ją. Drugi etap w ogóle się nie odbył, więc od razu zaproponowano mi tę posadę. Miałam zacząć od września.

Kumulacja

Nadszedł wrzesień. Na początku wstawanie o 5:30 i dojazdy do pracy na 8:00 nie były takie złe. Mogłam nawet czytać notatki w tym czasie. Gorzej z powrotami, bo jak był korek to i 2h się do domu wracało. Nowy rok akademicki jeszcze się nie zaczął, więc miałam chwilę wytchnienia. Wdrażam się powoli w pracy, idzie fajnie i przyjemnie. Zobaczyłam maila na swojej skrzynce od uczelni ze studiów podyplomowych. Pomyślałam, że w końcu wysłali harmonogram zjazdów i na spokojnie sprawdzę to sobie w domu. Sprawdziłam, ale nie było to spokojne - zrobiłam się czerwona jak burak i jestem pewna, że w tym momencie czacha ze złości aż mi dymiła. Szanowna uczelnia poinformowała mnie, że NIE OTWORZYLI TEGO KIERUNKU. WTF?! Jak mogli nie otworzyć tego kierunku? Dlaczego? Czym zawiniłam? ... Doczytałam maila do końca i w ramach rekompensaty zaproponowano mi kilka innych kierunków, na które rekrutacja jeszcze trwa z jakąś tam zniżką. Znalazłam na liście względnie interesujący mnie kierunek - Nowoczesny Marketing. Mogłabym na to pójść. Patrzę tylko gdzie są zajęcia, a tam Toruń - miasto obok. Myślę sobie - świetnie. Do pracy dojeżdżam taki kawał drogi i jeszcze co drugi weekend miałabym zapierdzielać na wykłady. Eh... Obliczyłam, że przyznana zniżka z tytułu nie utworzenia kierunku zrównałaby się z kosztami dojazdu. Eh... Cóż począć. chyba już tak się zahartowałam, że zdecydowałam się też i na ten krok.

Parę dni później został opublikowany plan zajęć moich studiów dziennych. I tutaj pojawiła się iskierka nadziei, że uda się to wszystko połączyć. Większość wykładów odbywała się w ciągu dnia, za to konserwatoria odbywały się dość późno, czego nigdy wcześniej u nas na studiach nie było. Mogłam zatem na większość z nich jeździć po pracy, notatki z wykładów przepisywać od znajomych, a te ćwiczenia, na których nie mogłam być dogadałam z wykładowcami, że zaliczę je na dyżurach. I ten plan naprawdę dawał radę.

Moje życie z perspektywy

O od poniedziałku do piątku pobudka 5:30, praca od 8 do 16,  i kilka razy w tygodniu studia od 17:30 do 19/20.

Co drugi weekend zjazd na uczelni w Toruniu od 8 do 15. Powrót koło 17/18 i zakuwanie na studia dzienne i co drugi weekend wyprawa do biblioteki i pisanie pracy magisterskiej.

Cały urlop w pracy wykorzystany był na egzaminy i zaliczenia. Bez wyjątku.

Tylko kilka godzin w tygodniu mogłam poświęcić rodzinie, przyjaciołom i wówczas już narzeczonemu.

 Finał

Tak gdzieś po pół roku byłam już chodzącym trupem. To o czym najbardziej marzyłam w tamtym momencie to przynajmniej siedmiogodzinny nieprzerwany sen. Byłam jednak zadowolona, że tak wszystko udaje mi się spinać. Skończyła mi się co prawda umowa na zastępstwo, jednak bardzo łatwo znalazłam pracę znacznie bliżej (dojazd tylko 30 min) i to jeszcze w marketingu, więc super.  Bloga już od dawna nie prowadziłam, bo i kiedy... Udało mi się zaliczać wszystkie kolokwia i egzaminy, w nowej pracy mogłam się nawet urwać w ciągu dnia i odrobić to później lub posiedzieć dłużej w pracy. Termin egzaminu dyplomowego (podyplomówka) i obrony pracy magisterskiej zbiegł mi się prawie w tym samym czasie - pierwszy był w niedzielę, a drugi następnego dnia w poniedziałek rano. Pierwszy zdałam, potem całą noc zakuwałam do magisterki, którą też zdałam i zamiast śmigać ze znajomymi na miasto świętować to szybki powrót do pracy odrabiać urwane godziny.

Pozaliczałam to wszystko, została mi praca i nagle dużo wolnego czasu. Poczułam ulgę, ale też takie wypalenie - na nic już nie miałam siły ani chęci. Zadowolenie z doprowadzenia jednych i drugich studiów do końca gdzieś się rozmyło... Po jakimś czasie ten letarg minął, a ja zaoszczędziłam mnóstwo czasu.

Podsumowanie

Zbierzmy zatem ten cały wywód w podsumowanie tej roszady.

Zacznijmy od plusów: 

➤ Zdobycie doświadczenia zawodowego
➤Otwarcie nowej ścieżki kariery
➤Przekwalifikowanie 
➤Zaoszczędzony jeden rok w postaci skondensowania wszystkiego w jednym czasie
➤Zmiana pracy na lepsze
➤Poziom organizacji level MASTER

Ale były też minusy:

➤Brak czasu dla rodziny i przyjaciół
➤Brak czasu dla siebie
➤Ciągłe zmęczenie
➤Ciągłe jeżdżenie
➤Porzucenie swojego hobby i pasji




Nie napiszę tutaj nic w stylu "dla chcącego nic trudnego", bo uważam, że miałam po prostu wiele szczęścia. Nie na każdej uczelni można się dogadać, nie każdy pracodawca idzie na rękę. Moim zdaniem było warto podnieść tę rękawicę i podjąć wyzwanie i polecam to każdej młodej, zahartowanej osobie, jeśli tylko ma konkretny cel. W tej chwili nie odważyłabym się już na takie zamieszanie w życiu - jest ono już zbyt poukładane i wypełnione, by przewracać je do góry nogami. Jestem po prostu zadowolona, że się udało.


Dajcie znać, czy też pracowaliście studiując jednocześnie i jak udało Wam się organizować swój czas? Było ciężko? 
 




Copyright © 2014 Paulenta - Subiektywny blog kobiecy , Blogger