Studia dzienne, zaoczne i praca na etat - czy to możliwe?

Mamy już połowę października, studenci studiują już pełną parą, na forach pełno tematów związanych z egzaminami, grafikami czy dodatkowymi zarobkami. Natchnęło mnie to do opisania tutaj najbardziej intensywnego roku w moim życiu, czyli  okresu pokrywającego się z ostatnim rokiem studiów magisterskich. Nakreślałam już z grubsza tę kwestię na moim kanale na YouTube (kliknij tutaj i zobacz film), ale że gadam zazwyczaj bez ładu i składu to przejrzyściej będzie, jeśli zbiorę te wszystkie informacje i opiszę je na blogu.



Na początek krótkie nakreślenie sytuacji

Studiowałam sobie grzecznie w trybie dziennym studia licencjackie łapiąc się od czasu do czasu prac dorywczych i dorabiając sobie w wakacje. Na trzecim roku złapałam stałą pracę na pół etatu, którą bez problemu mogłam pogodzić ze studiami. Na studiach magisterskich (pierwszy rok magisterki - czwarty rok ogólnie studiów) czułam już, ze kiepsko wybrałam kierunek, ale szkoda byłoby zaprzepaścić szansę na tytuł magistra (proszę, nie oceniajcie), dlatego postanowiłam trochę się przekwalifikować.


Wybór studiów podyplomowych

W tym samym czasie prowadziłam też bloga i dzięki niemu liznęłam troszkę w kwestiach marketingu internetowego. Pchnęło mnie to w kierunku studiów podyplomowych. Poszłam do najbardziej polecanej szkoły w moim mieście i zapisałam się na kierunek Innowacyjny E-marketing. Wyszłam z dziekanatu z papierami wielce zadowolona, że ruszę się z rozwojem osobistym i zrobię coś dla siebie. Zjazdy co drugi weekend, co trochę mogło się kłócić z moją pracą, która była głównie weekendowa, ale byłam pełna nadziei, że wszystko się poukłada.

Zmiana pracy

Idąc za ciosem pomyślałam sobie, że może ruszyć z czymś jeszcze i na przykład zmienić pracę. Pracowałam jako sprzedawca w galerii handlowej i chyba nie muszę dodawać, że nie wiązałam dalszej przyszłości z tym stanowiskiem.  Choć był to lipiec to nie miałam zbyt dużo czasu na poszukiwanie pracy przez obecne zajęcie, a także przez blog, który wówczas prowadziłam (tematyka bardziej kulinarna), dlatego wysłałam raptem kilka CV na interesujące mnie ogłoszenia. Skorzystałam z jednego zaproszenia na rozmowę kwalifikacyjną, bo bardzo kusiło mnie to, że była to praca w branży kosmetycznej. Po rozmowie dowiedziałam się, że jest to jeden z dwóch etapów rekrutacji - drugi to rozmowa trzech kandydatów wybranych z pierwszego etapu z właścicielem firmy, czyli szefem wszystkich szefów.  Miałam dostać informację zwrotną po paru dniach, jednak bardzo mocno dostałam do zrozumienia, że chcą mnie widzieć na drugim etapie co bardzo mnie ucieszyło :)

W tym momencie zaczęłam się zastanawiać, co bym zrobiła, gdybym dostała tę pracę. Plusy były takie, że rozpoczęłabym już swoją ścieżkę zawodową, charakter pracy i branża mi odpowiadały, co było dobrą podstawą do dalszego rozwoju, pełen etat więc i pieniądze większe, więc mogłabym spokojnie z wypłaty opłacać czesne za studia podyplomowe nie ruszając oszczędności. Z drugiej jednak strony były dwa słabe punkty tego planu. Po pierwsze - co ze studiami? Musiałabym przejść na studia zaoczne (tylko jak to pogodzić ze zjazdami ze studiów podyplomowych?), ewentualnie wziąć urlop dziekański lub starać się o Indywidualny Tok Studiowania, który nie wiadomo było, czy by przeszedł przy ośmiu godzinach pracy. Po drugie - baaardzo daleko położone miejsce pracy od mojego miejsca zamieszkania. Mieszkałam wówczas na obrzeżach miasta, a biuro było na zupełnie drugim jego końcu.  Musiałabym jechać trzema środkami transportu z dwoma przesiadkami - autobusem, tramwajem i znowu autobusem. Podróż trwałaby 1.5h w jedną stronę. Byłam jednak na tyle młoda (he he he..) i zdeterminowana by spełniać się zawodowo, że byłabym skłonna dokonać takiego poświęcenia.

Po paru dniach dostałam telefon, że jak najbardziej dostałam się do drugiego etapu rekrutacji, jednak muszę jeszcze chwile poczekać za datą, bo szef wszystkich szefów ostatnio nie ma czasu (kilka hurtowni, sieć znanych sklepów w całej Polsce i kilka firm usługowych do ogarnięcia...). Dostałam jeszcze jedną, przykrą wiadomość - oferta to umowa o pracę na zastępstwo o czym zapomniano wspomnieć w ogłoszeniu i na pierwszej rekrutacji. Nie powiem - zdenerwowałam się. Podziękowałam za informację i zaczęłam jeszcze głębiej dumać. W końcu miałam pod tę pracę zmienić całe swoje dotychczasowe życie ... i to jeszcze nie wiadomo na jak długo. Porozmawiałam o tym wszystkim z moim jeszcze wtedy chłopakiem (ło rany, kiedy to było!) i mimo wszystko pomyślałam, że zaryzykuję i jeśli miałabym dostać tę pracę to ją podejmę. Zawsze mocna pozycja z moim CV.

Jak się domyślacie - dostałam ją. Drugi etap w ogóle się nie odbył, więc od razu zaproponowano mi tę posadę. Miałam zacząć od września.

Kumulacja

Nadszedł wrzesień. Na początku wstawanie o 5:30 i dojazdy do pracy na 8:00 nie były takie złe. Mogłam nawet czytać notatki w tym czasie. Gorzej z powrotami, bo jak był korek to i 2h się do domu wracało. Nowy rok akademicki jeszcze się nie zaczął, więc miałam chwilę wytchnienia. Wdrażam się powoli w pracy, idzie fajnie i przyjemnie. Zobaczyłam maila na swojej skrzynce od uczelni ze studiów podyplomowych. Pomyślałam, że w końcu wysłali harmonogram zjazdów i na spokojnie sprawdzę to sobie w domu. Sprawdziłam, ale nie było to spokojne - zrobiłam się czerwona jak burak i jestem pewna, że w tym momencie czacha ze złości aż mi dymiła. Szanowna uczelnia poinformowała mnie, że NIE OTWORZYLI TEGO KIERUNKU. WTF?! Jak mogli nie otworzyć tego kierunku? Dlaczego? Czym zawiniłam? ... Doczytałam maila do końca i w ramach rekompensaty zaproponowano mi kilka innych kierunków, na które rekrutacja jeszcze trwa z jakąś tam zniżką. Znalazłam na liście względnie interesujący mnie kierunek - Nowoczesny Marketing. Mogłabym na to pójść. Patrzę tylko gdzie są zajęcia, a tam Toruń - miasto obok. Myślę sobie - świetnie. Do pracy dojeżdżam taki kawał drogi i jeszcze co drugi weekend miałabym zapierdzielać na wykłady. Eh... Obliczyłam, że przyznana zniżka z tytułu nie utworzenia kierunku zrównałaby się z kosztami dojazdu. Eh... Cóż począć. chyba już tak się zahartowałam, że zdecydowałam się też i na ten krok.

Parę dni później został opublikowany plan zajęć moich studiów dziennych. I tutaj pojawiła się iskierka nadziei, że uda się to wszystko połączyć. Większość wykładów odbywała się w ciągu dnia, za to konserwatoria odbywały się dość późno, czego nigdy wcześniej u nas na studiach nie było. Mogłam zatem na większość z nich jeździć po pracy, notatki z wykładów przepisywać od znajomych, a te ćwiczenia, na których nie mogłam być dogadałam z wykładowcami, że zaliczę je na dyżurach. I ten plan naprawdę dawał radę.

Moje życie z perspektywy

O od poniedziałku do piątku pobudka 5:30, praca od 8 do 16,  i kilka razy w tygodniu studia od 17:30 do 19/20.

Co drugi weekend zjazd na uczelni w Toruniu od 8 do 15. Powrót koło 17/18 i zakuwanie na studia dzienne i co drugi weekend wyprawa do biblioteki i pisanie pracy magisterskiej.

Cały urlop w pracy wykorzystany był na egzaminy i zaliczenia. Bez wyjątku.

Tylko kilka godzin w tygodniu mogłam poświęcić rodzinie, przyjaciołom i wówczas już narzeczonemu.

 Finał

Tak gdzieś po pół roku byłam już chodzącym trupem. To o czym najbardziej marzyłam w tamtym momencie to przynajmniej siedmiogodzinny nieprzerwany sen. Byłam jednak zadowolona, że tak wszystko udaje mi się spinać. Skończyła mi się co prawda umowa na zastępstwo, jednak bardzo łatwo znalazłam pracę znacznie bliżej (dojazd tylko 30 min) i to jeszcze w marketingu, więc super.  Bloga już od dawna nie prowadziłam, bo i kiedy... Udało mi się zaliczać wszystkie kolokwia i egzaminy, w nowej pracy mogłam się nawet urwać w ciągu dnia i odrobić to później lub posiedzieć dłużej w pracy. Termin egzaminu dyplomowego (podyplomówka) i obrony pracy magisterskiej zbiegł mi się prawie w tym samym czasie - pierwszy był w niedzielę, a drugi następnego dnia w poniedziałek rano. Pierwszy zdałam, potem całą noc zakuwałam do magisterki, którą też zdałam i zamiast śmigać ze znajomymi na miasto świętować to szybki powrót do pracy odrabiać urwane godziny.

Pozaliczałam to wszystko, została mi praca i nagle dużo wolnego czasu. Poczułam ulgę, ale też takie wypalenie - na nic już nie miałam siły ani chęci. Zadowolenie z doprowadzenia jednych i drugich studiów do końca gdzieś się rozmyło... Po jakimś czasie ten letarg minął, a ja zaoszczędziłam mnóstwo czasu.

Podsumowanie

Zbierzmy zatem ten cały wywód w podsumowanie tej roszady.

Zacznijmy od plusów: 

➤ Zdobycie doświadczenia zawodowego
➤Otwarcie nowej ścieżki kariery
➤Przekwalifikowanie 
➤Zaoszczędzony jeden rok w postaci skondensowania wszystkiego w jednym czasie
➤Zmiana pracy na lepsze
➤Poziom organizacji level MASTER

Ale były też minusy:

➤Brak czasu dla rodziny i przyjaciół
➤Brak czasu dla siebie
➤Ciągłe zmęczenie
➤Ciągłe jeżdżenie
➤Porzucenie swojego hobby i pasji




Nie napiszę tutaj nic w stylu "dla chcącego nic trudnego", bo uważam, że miałam po prostu wiele szczęścia. Nie na każdej uczelni można się dogadać, nie każdy pracodawca idzie na rękę. Moim zdaniem było warto podnieść tę rękawicę i podjąć wyzwanie i polecam to każdej młodej, zahartowanej osobie, jeśli tylko ma konkretny cel. W tej chwili nie odważyłabym się już na takie zamieszanie w życiu - jest ono już zbyt poukładane i wypełnione, by przewracać je do góry nogami. Jestem po prostu zadowolona, że się udało.


Dajcie znać, czy też pracowaliście studiując jednocześnie i jak udało Wam się organizować swój czas? Było ciężko? 
 




4 komentarze:

  1. Tylko podziwiać, że znajdujesz jakos czas na to wszystko!

    OdpowiedzUsuń
  2. Najlepiej jest się decydować na takie rzeczy nie mając pojęcia na co człowiek się piszę, bo po wszystkim sobie myśli "szaleństwo". Naprawdę podziwiam, ale mimo to myślę, że masz prawo być z siebie dumna! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. wszystko jest możliwe, jak się tylko chce! :) zostaję tu z Tobą na dłużej i pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Paulenta - Subiektywny blog kobiecy , Blogger