Poświąteczne dary losu

Poświąteczne dary losu

Kochani! Witajcie po świętach jak i witajcie jeszcze przed Nowym Rokiem!

Zrobiłam sobie krótką, dwutygodniową przerwę od blogosfery, więc nie wiem co dzieje się u innych, ani też sama przez ten czas nie dodawałam nowości.

A nowości, jak to po świętach i też urodzinach, się nazbierało :)

Prezentów dostałam dużo, a o to kilka z nich, które najbardziej wpasowały się w moją kobiecą naturę:

Książka mojego ukochanego autora - "Labirynt Duchów" Carlosa Ruiza Zafona oraz  coś czego nie znam - "Kodeks Majów" Mario Readinga


Moja ulubiona od niedawna odżywka Gliss Kur Liquid Silk
Krem do rąk z Oriflame
Woda toaletowa Incognito z Oriflame



Bidon do picia z wymownym napisem :) 



Bon podarunkowy do Orsay - w ubiegłym roku dostałam taką i byłam bardzo zadowolona!


Duża, czerwona torebka typu shoper :




Cieszę się z tych prezentów, ale tak jak wspomniałam - dostałam jeszcze więcej, ale te chciałam pokazać Wam najbardziej :)

A czy Wy byliście grzeczni i Gwiazdor Was odwiedził? Pochwalcie się swoimi prezentami! 

Chciałabym życzyć wszystkim tego co najlepsze w nadchodzącym 2018 roku.  Niech Wasze pasje się rozwijają, a kto ich nie ma - niech odnajdzie to coś, co daje radość. Niech wszystko idzie właściwym torem, a ilość trosk była znikoma. Tego życzę Wam jak i sobie :)
Urodziłam się w Wigilię

Urodziłam się w Wigilię

Chcąc wprowadzić trochę świątecznej tematyki, chciałam dzisiaj przytoczyć krótką (tak myślę) anegdotę z mojego życia :)

Wigilia - dzień dość wyjątkowy, zwłaszcza dla naszego narodu. Wszyscy przed tą datą szukamy pomysłów na sprawienie radości swoim bliskim oraz planujemy spędzenie świątecznej kolacji w rodzinnym gronie co, umówmy się, w dzisiejszych "szybkich" czasach nie jest łatwe do zorganizowania.

Dwadzieścia parę lat temu, gdy moja Mama pakowała 24 grudnia rano prezenty, nie spodziewała się, że właśnie tego dnia prezentem będzie ktoś, kogo jeszcze tak szybko się nie spodziewała. Na pewno wiecie już, że chodzi o mnie :) Tak się złożyło, że chyba na wieczerzy chciałam być już poza brzuchem, ale nie przemyślałam tego dobrze, bo dwa dni trzeba było zostać jeszcze w szpitalu.




Ale do rzeczy - tak jak wspomniałam, Wigilia Bożego Narodzenia to dość wyjątkowy dzień, jednak nikt nie zabronił tego dnia rodzić dzieci. A mam wrażenie, że czasami niektórzy ludzie tak myślą. Często słyszę:

"Urodziłaś się w Wigilię? Naprawdę?!" 

Naprawdę :) Nie kłamię. 24 grudnia też można się urodzić. 


"Pewnie dostajesz jeden prezent na dwie okazje."

To stwierdzenie pada zazwyczaj jako następne. Akurat jakoś tak się złożyło, że rodzina zawsze dbała o to, żeby nie była poszkodowana z tego powodu. Dostawałam albo dwa prezenty albo też jeden, ale bardziej wypasiony. Teraz, gdy wszyscy w rodzinie są już dorośli i dzieciaci uznaliśmy, że nie ma sensu wymyślać na siłę prezentów dla dorosłych i szykujemy je tylko dla dzieci.

Podoba mi się data mojego urodzenia - zapada w pamięć. Kiedyś cierpiałam tylko trochę jako dziecko, bo nie mogłam w szkole rozdać dzieciakom urodzinowych cukierków :) Szkoła się skończyła - problem się rozwiązał! 

Wydaje mi się, że gorzej mają osoby urodzone 1 listopada (dość smutne święto) lub 29 lutego, choć znam osobiście dwa takie przypadki, które organizują sobie imprezę zarówno 28 lutego jak i 1 marca :) tylko kiedy dzwonić do nich z życzeniami? 



Moi drodzy, weźcie proszę ten tekst z przymrużeniem oka. Na pewno czytając go wiele z Was nie pomyślało tak jak osoby, które opisałam, ale chciałam tylko przytoczyć sytuacje, które często mnie w tym wypadku spotykały. 

Urodzeni w Wigilię i inne święta / nietypowe dni ręka do góry! A wy kiedy się urodziliście? 

 
Lęk przed prowadzaniem auta | Muzyczny kalendarz adwentowy #6 i #7

Lęk przed prowadzaniem auta | Muzyczny kalendarz adwentowy #6 i #7

W ostatnim poście pisałam o powrocie do pracy po urlopie macierzyńskim. Ujawniłam swoje obawy co do konieczności dojeżdżania do firmy samochodem, bo choć prawo jazdy mam już od przeszło 8 lat, to jedyne moje doświadczenie w kierowaniu sprowadzały się do jazdy późnym wieczorem / w nocy i na bardzo krótkich dystansach (max. 15 km). Z czasem, gdy tylko nadarzały się okazje, nie chciałam prowadzić. Po tak długim czasie przestałam mieć do siebie zaufanie i po prostu zaczęłam się bać, zwłaszcza przy większym ruchu.

Choć od 3 lat mieszkam na wsi, gdzie komunikacja miejska jest wiadomo jaka, to miałam do pracy, lekarza i sklepów bardzo blisko piechotą. Od roku mieszkam na jeszcze większej wsi, gdzie nie ma praktycznie nic, ale dojazd do pracy rowerem to chwilka, a zimą można byłoby się przemęczyć busem. Okazało się jednak, że w trakcie mojego urlopu macierzyńskiego firma, w której pracuję, zmieniła siedzibę. Też niedaleko, ale już brak jakiekolwiek połączenia komunikacyjnego oraz dogodnej trasy rowerowej sprawił, że auto stało się koniecznością.

Na początku byłam zła. Nie dość, że trzeba kupić samochód, co jest dużym wydatkiem, to jeszcze koszty utrzymania nie są małe. Kwestię mojego strachu stawiałam na drugim miejscu, bo skoro jeździć trzeba to trzeba - miałam nadzieję, że wraz z doświadczeniem strach będzie malał. I tak faktycznie jest, choć wiem, że dobrym kierowcą nie jestem i nigdy nie będę, bo po prostu tego nie czuję.



Jak to mówiła moja instruktorka nauki jazdy - prawo jazdy jest dla każdego powszechnego zjadacza chleba. Większość osób prowadzi samochód i patrząc na nich nie mam wrażenia, aby ktokolwiek bał się jeździć autem albo miał jakiś problem z jeżdżeniem. Fakt - są ludzie, którzy jeżdżą mniej lub bardziej bezpiecznie, lepiej mają opanowany pojazd lub gorzej, ale to wygląda tak naturalnie jak jazda rowerem. W tym momencie zastanawiam się co jest ze mną nie tak. Wsiądę w samochód i powiem sobie, że przecież to nic takiego. W końcu zdałam to prawko, znam zasady ruchu drogowego, wiem jak zmieniać biegi. Wchodzę w samochód i panika. Lewa noga drży, serce kołacze. W głowie mam milion scenariuszy, które mogą się wydarzyć po drodze - pieszy zajdzie mi drogę, ktoś wyjedzie mi przed maskę, cofając nie zauważę i uderzę w inne auto, nie zmieszczę się na miejscu parkingowym (a weszłyby 3 ciężarówki), będę za wolno jechać i mnie strąbią... I odechciewa mi się wszystkiego.

Znam pojedyncze osoby, które mają podobną fobię i nie rozumiem ich tak samo jak nie rozumiem siebie. 

Im dłużej jeżdżę tym strachu jest trochę mniej, ale za każdym razem, gdy wychodzę rano do pracy, wieczorem z niej wracam, muszę jechać z Młodą do lekarza lub do sklepu po bułki wciąż nie czuję się pewnie i komfortowo.

Nie hejtujcie mnie za to, bardzo proszę.

 Poradźcie lepiej jak sobie z tym poradzić? Ile jest osób z taką ułomnością? 


No dobra, to teraz nadrabiamy piosenki świąteczne :)  

Dzisiaj na przystawkę trochę tematycznie - "Driving home for Christmas" Chris Rea:


 Utwór z 1986 roku, a inspiracją do jej powstania był korek samochodowy, w którym utknął autor tekstu wraz z żoną. Tekst tej piosenki powstał dużo wcześniej, zanim została nagrana. 

A na deser - Frank Sinatra i "Jingle Bells". I tu chyba nie trzeba nic więcej pisać:) 


 
Powrót do pracy po macierzyńskim| Muzyczny kalendarz adwentowy #4 i 5

Powrót do pracy po macierzyńskim| Muzyczny kalendarz adwentowy #4 i 5

Moi drodzy.

Opuściłam się, bo  obiecałam codziennie wstawiać jedną piosenkę świąteczną, a tu wystarczył pierwszy dzień pracy i już nie udało mi się ogarnąć tak prostej rzeczy... Nic jednak straconego - na samym końcu czekają na Was dwa moje hity grudniowe.






Wczoraj był mój pierwszy dzień pracy po roku urlopu macierzyńskiego. Miałam duże obawy, jak pewnie nie jedna kobieta. Podejrzewałam, że największym wyzwaniem będą dla mnie 3 rzeczy:

1. powrót do obowiązków w pracy
2. dojazd autem
3. rozstanie z córką

Po dniu wczorajszym doszłam do szybkiej weryfikacji powyższych obaw i jak się okazało z wykonywaniem dawnych obowiązków nie ma najmniejszego problemu, z jazdą samochodem radzę sobie o tyle, że dojeżdżam z punktu A do punktu B w jednym kawałku, a najbardziej doskwiera mi rozłąka. Mała całe szczęście dobrze zniosła wczorajsze rozstanie na 9 godzin, ale mamy to szczęście, że póki co może z nią zostać Babcia. Trochę mnie ukłuło to, że w ogóle za mną nie tęskniła.... Oczywiście ucieszyła się na mój widok, ale brak mojej osoby nie zrobił na niej żadnego wrażenia. No ale lepiej tak, niż się martwić, że siedzi tam niespokojna i płacze. Kiedyś pewnie przyjdzie czas, że pójdzie do żłobka, ale myślę, że tam też sobie poradzi.

Drogie Mamy - pytanie do Was. Jak Wy zniosłyście rozłąkę z Waszymi Pociechami po powrocie do pracy? Ja dzwoniłam wczoraj co godzinę na kontrolę... 


A teraz obiecane piosenki świąteczne z mojego kalendarza adwentowego

 Dzisiaj serwuję Wam polskie klimaty. Blue Cafe - Święta w Nas. Taka delikatna, łagodna nuta :) Lubie ten zespół, a ich klimat pasuje do świątecznego okresu.
  
Margaret - Coraz bliżej święta. Kto nie kojarzy piosenki z reklami Coca Cola :) Miło jej posłuchać w języku polskim i to jeszcze w wykonaniu charyzmatycznej Margarety!

 

ZOO świeci pustkami | Morderstwo w Orient Expressie | Muzyczny kalendarz adwentowy #3

ZOO świeci pustkami | Morderstwo w Orient Expressie | Muzyczny kalendarz adwentowy #3

Dzień dobry lub też dobry wieczór Państwu. Pora już późna, ale blog ma to do siebie, że można czytać go w każdej dogodnej chwili :)

Co ciekawego działo się w ten weekend? 

Pierwszy raz od dawna mieliśmy nieco luźniejsze plany, dlatego postanowiliśmy zadbać o jakieś atrakcje dla Młodej (lat jeden). Choć był zaledwie jeden stopień to pogoda była ładna i świeciło słońce. Zamiast standardowego spaceru postanowiliśmy zwiedzić starego ZOO w Poznaniu. Nazywają je starym dlatego, że jest to najdłużej działający Ogród Zoologiczny w Polsce. Jego historia jest bardzo ciekawa, dlatego zachęcam do jej zgłębienia. W tej chwili jest to bardzo małe ZOO, ale za to idealne dla małych dzieci. Znajdują się w nim m. in. osiołki, owce, lemury, skunksy. gady, płazy, ptactwa i małpy. Wstęp jest bezpłatny.


Zwierzak, który się nie schował
Ziuziający skunksik


Pies bez oczu z rogami

Mała dzidzia
Atrakcja średnio się nam udała - dużo zwierzątek schowało się przed zimnem lub poszło spać. Całe szczęście udało nam się zobaczyć małpki, bo wesoło sobie hasały, jednak Młodej nie do końca małpowanie podeszło, bo akurat w tym najciekawszym momencie się rozpłakała... Cała reszta natomiast jej się podała, poza złapanym i trwającym do tej pory kaszlem.


Wieczorem udało nam się namówić Babcię na służbę i ruszyć na wspólny pierwszy raz od dawna wypad do kina. Po głębokiej selekcji zdecydowaliśmy się na "Morderstwo w Orient Expressie" na podstawie kryminału Agathy Christie.

 Czytałam kiedyś jej książki, ale nigdy nie widziałam powiązanych z nimi filmów. Nie spodziewałam się niczego specjalnego, bo przeważnie zawodzę się na filmach. Oczywiście pojawiła się tam najbardziej znana z jej książek postać - detektyw Herkules Poirot. Na początku jego postać mnie denerwowała, bo wydawała mi się zbyt wydumana i przerysowana, jednakże idealnie wpasowała się w całą historię. A historia dotyczyła oczywiście morderstwa. Morderstwa dokonanego podczas podróży Orient Expressem. Zwroty akcji były nagłe, historia pogmatwana, a odkrycia zaskakujące, czyli wszystko tak jak u Christie bywa. Obsada bogata, bo pojawił się tam Johny Depp, Penelope Cruz, Judi Dench, czy Michelle Pfeiffer. Byłam bardzo mile zaskoczona i zadowolona, bo oprócz samej fabuły miło było też na ten film patrzeć. Mogę szczerze go polecić, zwłaszcza osobom, które lubią kryminały.

Dzień dzisiejszy, czyli niedziela, zleciała nam powoli. Mamy już wieczór, a mnie czeka jutro dość ciekawy dzień i spora zmiana, ale o tym innym razem.

Aha!

Pewnie myśleliście, że zapomniałam o moim muzycznym kalendarzu adwentowym. Otóż nic takiego - na wieczór mam dla Was coś wyjątkowego. Jeden ze świątecznych utworów zespołu muzycznego Pentatonix:


Pentatonix to zespół znany z utworów, a raczej coverów znanych piosenek, które śpiewają a capella. Każde z nich ma piękny, przeszywający i czysty głos, a ich interpretacja popularnych piosenek jest miażdżąca. Pierwszy cover jaki usłyszałam to "Radioactive" zespołu Imagine Dragons. Pokochałam też ich piosenki świąteczne, bez których nie wyobrażam sobie grudniowego repertuaru.

Moi Drodzy, a jak minął Wasz weekend? Pod kocem z herbatką czy aktywnie?
Muzyczny kalendarz adwentowy #2

Muzyczny kalendarz adwentowy #2

Witajcie w drugim dniu mojego muzycznego kalendarza adwentowego. Jeśli nie wiesz co to zapraszam do postu, gdzie wyjaśniam ideę muzycznego kalendarza adwentowego.


Póki co nie dzieje się u mnie bardzo świątecznie, ale już na dniach zadbam o parę akcentów w domu oraz rozejrzę się za zielonym drzewkiem. Podzielę się tym z Wami, gdy będą już konkrety, a teraz jestem Wam winna kolejną piosenkę świąteczną :)

Z okazji soboty zaserwuję coś mniej znanego, śmiesznego i trochę przekornego - Stan Freberg "Nuttin' for Christmas".



Ta piosenka też ma swoje lata, bo powstała w 1955 roku, a jej autorami byli  Sid Tepper i Roy C. Bennett. Powstało kilka jej wersji wykonywanych przez różnych artystów, jednak ta śpiewana przez Stana Freberga ma moim zdaniem wyjątkowy urok. Śmieszny utwór o chłopcu rozrabiaku, który doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nie dostanie przez swoje figle nic na święta. Ten nosowy głos wygrywa!

Znaliście już tę piosenkę? Spodobałam Wam się? A może nie gustujecie w tego typu śmiechostkach?
Muzyczny kalendarz adwentowy #1

Muzyczny kalendarz adwentowy #1

Ho ho ho!

Mamy już grudzień, mamy i śnieg. Patrząc na ostatnie lata i częstotliwość jego pojawiania się myślałam, że z każdym kolejnym rokiem będzie go uświadczyć coraz trudniej. A tutaj proszę - wszyscy łącznie z drogowcami zaskoczeni. Lubię śnieg i pewnie cieszyłabym się z niego bardziej, gdyby nie to, że wracam do pracy, do której będę musiałam jeździć autem, a jestem raczej niedoświadczonym kierowcą. Ale nie z tym do Was dzisiaj przychodzę.

Kilka lat temu na swoim prywatnym facebook'u prowadziłam taki projekt: każdego dnia grudnia aż do Wigilii miałam zamiar wrzucać jedną piosenkę świąteczną. Akcja cieszyła się jako takim powodzeniem, ale mnie zabrakło czasu i nie dotrwałam do 24 dni. W tym roku chcę to naprawić i poprowadzić ją na blogu :)




Mój cel to wprowadzenie Was w dobry, świąteczny nastrój, ale też zachęcenie do dołączenia w zabawie i pokazywanie Waszych ulubionych świątecznych piosenek.

 Dzisiaj, pierwszego dnia grudnia (i to jeszcze na piąteczek) polecam do posłuchania klasyka klasyków piosenek świątecznych. A jest nim....

>>odgłos bębnów budujących napięcie....<<

oczywiście "Last Christmas" zespołu Wham!


Zna każdy, większość zapewne lubi. Powstała lata temu, bo w 1984 roku i od tego czasu nucimy ją pod nosem, gdy grudniową porą wyciągamy blachę z pachnącymi piernikami lub gdy ślęczymy nad pakowaniem prezentów. Teledysk z uroczymi szwajcarskimi widokami, fuuuuurą śniegu, przytulnym drewnianym domkiem w każdym budzi skojarzenie ze świętami. Przyznam, że lubię tę piosenkę odpalić nawet daleko od sezonu świątecznego :)

A jakie są Wasze ulubione piosenki świąteczne? Stroicie nimi swój dom przed świętami?
Copyright © 2014 Paulenta - Subiektywny blog kobiecy , Blogger