Poznań Blog Conference 21-22.04.2018 r

Poznań Blog Conference 21-22.04.2018 r

Moi Drodzy, nawet nie wiecie jak się cieszę, że udało mi się zakwalifikować na Blog Poznań Conference, który odbędzie się już w ten weekend! Jeśli nie słyszeliście o tym evencie to już spieszę z informacją. Jest to impreza odbywająca się co roku w Poznaniu, tym razem połączona z poznańskimi dniami przedsiębiorczości. Spotyka się tam cały światek twórców internetowych - blogerów, youtuberów, instagramerów czy marketerów związanych z influencer marketingiem. Będzie mnóstwo ciekawych prelegentów, będą odbywały się wartościowe warsztaty, a to wszystko by nauczyć jak być lepszym w tej sferze.

Zgłosiłam mój malutki blog i kanał na Youtube i dostałam się, dzięki czemu będę miała możliwość sprawdzenia co w trawie piszczy na takich spotkaniach. Ułożyłam już sobie rozpiskę tego na jakie prelekcje chcę się wybrać (m.in. Nadii Długosz, Red Lipstick Monster, Arleny Wit, Justyny Kozłowskiej, Piotra Latała), ale nie mogę doczekać się również poznania innych osób ze świata blogosfery, którzy mają już znaczny dorobek.

Z okazji tej całej konferencji wyrobiłam sobie wizytówki z nadzieją, że tak łatwiej będzie wymienić się kontaktem z innymi osobami. Nie potrafię w grafikę, dlatego posłużyłam się darmowym kreatorem i wyszło mi coś takiego, co mogliście już widzieć na insta:




Adres bloga widać, socjale widać, kontakt widać - da radę :)

Czuję się zatem gotowa.

Pytanie do Was - czy ktoś z Was również wybiera się na #BCP? Dajcie znać - z chęcią poznam Was osobiście! :-)

Twój blog musi być dobry!

Twój blog musi być dobry!

Temat trochę zaczepny, ale moim zdaniem wart poruszenia.

 Standardy nowych mediów


Wszyscy pewnie wiemy jak wygląda sytuacja w blogosferze - influencerzy w dzisiejszych czasach bardzo się liczą, dlatego prawie każdy, kto ma coś do przekazania, pokazania, przedstawienia zakłada blogi czy youtuby i prowadzi na nich swoją internetową działalność. Jest tego teraz tyle ile grzybów po deszczu. Trzeba jednak przyznać, że z biegiem lat kontent na tych kanałach zrobił się bardziej wartościowy, a w wielu przypadkach również profesjonalny. Im więcej dobrych i pożądanych treści w Internecie tym lepiej. Jednak czy wszystkie blogi muszą takie być?



Jak prowadzenia bloga wyglądało kiedyś


Odkąd pamiętam zawsze tworzyłam coś w sieci - miałam gdzieś swój zakątek, na którym pisałam coś od siebie, wrzucałam zdjęcia albo wiersze. Zawsze starałam się robić to najlepiej jak potrafię, jednak ważniejsze było dla mnie coś innego - miało to być przede wszystkim MOJE i zrobione po MOJEMU, czyli tak jak JA CZUJĘ. To miał być osobisty azyl, czasami miejsce do zwierzeń, porad, a momentami do manifestacji. Jakiś czas temu prowadziłam bloga ze zdrowymi/odchudzonymi przepisami. Założyłam go, bo akurat byłam długo na diecie (ponad rok - sama w to nie wierzę),więc potrzebowałam dużo urozmaicenia, żeby nie zwariować i nie popaść w monotonię. Zaczęłam więc testować różne przepisy, a z czasem wymyślać swoje, przez co dużo czasu spędzałam w kuchni. Mój brat polecił mi założyć bloga o tym co robię, bo stwierdził, że to fajna rzecz. Poszłam za jego radą. Wymyślałam zatem przepisy, realizowałam je, fotografowałam, a na koniec opisywałam i wstawiałam na bloga. Dawało mi to dużą frajdę. Z czasem zaczęły się też propozycje współprac od różnych firm. Później droga życiowa powiodła mnie w inną stronę i blog poszedł w odstawkę. Nie potrafiłam też do niego powrócić. Patrząc jednak na ten blog (bo gdzieś w zakamarkach internetu jeszcze istnieje)  z perspektywy obecnych trendów widzę, że nie wygląda on za dobrze. Trochę chaotyczne kategorie, dziecinne tło, średnie kadry ... A mimo wszystko wiem, że czytelnicy go lubili, ja też czerpałam z niego przyjemność.

Blogosfera tylko dla profesjonalistów?


 W chwili obecnej, gdzie blogi są często tworzone pod zarobek, inaczej patrzy się na to, co prezentują. Podobno trzeba dbać o wygląd bloga, markę, szprycować teksty key wordsami, operować sprzętem za ciężkie pieniądze... W Internecie przewija się dużo artykułów o tematach brzmiących mniej więcej tak: "Jak nauczyć się pisać bloga?" albo "Co zrobić żeby mieć dobrego bloga?". Szczerze - nie sądziłam, że pisania bloga trzeba się nauczyć. Po prostu się siada i pisze o czym się chce. Na tym polega blog. A to, że można się nad nim postarać i dodatkowo zarobić to już inna kwestia. To trochę jak z jedzeniem - nikt Ci za to nie płaci, chyba że się postarałeś o to, żeby być krytykiem kulinarnym albo recenzentem restauracji. To świetnie, że poziom merytoryczny, wizualny i każdy inny w tej sferze wzrósł i można dzięki temu odnieść sukces, ale moim zdaniem nie ma nic złego w robieniu tego w najprostszy możliwy sposób - tak jak kiedyś.

Do czego ja w ogóle w tym całym wywodzie myśli zmierzam? Ano do tego, że mało osób już teraz pisze lub nagrywa dlatego, że po prostu lubi. Są oczywiście tacy co też po prostu lubią i dodatkowo robią to profesjonalnie. Pytanie tylko, czy tak trzeba? Czy jeszcze można tworzyć coś w sieci pod siebie?

Mogłabym napisać jeszcze więcej na ten temat, ale liczę, że takim małym niedopowiedzeniem zachęcę Was do dyskusji.


Czy według Was są standardy w prowadzeniu bloga, których trzeba się trzymać?  Jest jeszcze miejsce dla nieprofesjonalistów?
Gdy język nie nadąża za myślami, czyli co to przesunek i comestic?

Gdy język nie nadąża za myślami, czyli co to przesunek i comestic?

Dzisiaj 1 kwietnia - wszyscy pewnie zajadają jajka z majonezem, domową sałatkę albo przeszli już poziom wyżej - do pysznej babki i mazurka. Poza świętami Wielkanocnymi jest dzisiaj jednocześnie Prima Aprilis. Już od jakiegoś czasu nie robię głupich kawałów, ale śmieszkowaty humor zawsze mi dopisuje. Z tej okazji chciałam podzielić się z Wami słowotwórstwem, które na przestrzeni czasu wykreowała moja zakręcona głowa. Głównie przez roztrzepanie i nienadążanie języka za myślami :)  Tylko kilka przykładów, żeby Was nie zamęczać.

 Kiedyś na lekcji matematyki w liceum przerabialiśmy funkcje. Nauczycielka zadała pytanie coś na kształt co należy zrobić, aby osiągnąć coś tam coś tam (wybaczcie, ale to było lata temu, a mnie funkcje nie przydały się do tej pory, więc nie zostały mi w pamięci). Jako klasa humanistyczna podczas zajęć z tego przedmiotu większości osób dymiły czaszki, ale ja matmę lubiłam i tak bardzo chciałam szybko odpowiedzieć na pytanie, że zamiast "trzeba przesunąć przecinek" wyrwało mi się "przesunek". Klasa wybuchnęła śmiechem, ja również, nawet pani nauczycielka nie potrafiła zachować pozorów. Jak się okazało tylko ona zrozumiała o co mi chodzi. I tak do końca omawiania zagadnienia funkcji "przesunek" został z nami.



Kolejny raz popisałam się w domu koleżanki. Mieszkała w bloku na czwartym piętrze,  z okna kuchni było widać plac zabaw. Siedziałyśmy akurat w tym pomieszczeniu rozmawiając zapewne o mało ważnych sprawach. Na placu nie działo się zbyt wiele, ale nagle zaczął przechadzać się po nim jakiś szczyl, który nonszalancko ciągnął taniego browara z puszki. Oburzyłam się tym strasznie, bo nie dość, że gówniarz pije alkohol, to jeszcze demonstruje to całemu osiedlu. Chciałam podzielić się tym zbulwersowaniem z koleżanką i jak zwykle, gdy jest we mnie zbyt wiele emocji zaczęłam mówić coś nieskładnie jąkając się przy okazji, a konkluzja przypominałam coś w stylu "(...)i  jeszcze szczeniak obnosi się z tą piszką puwa". Tak - chodziło oczywiście o puszkę piwa, a koleżanka miała, jak to się kiedyś mawiało, niezła puchę ze mnie.



Wtopę zaliczyłam też w pracy, całe szczęście przy koleżance. Pracując w branży kosmetycznej opracowywałyśmy od czasu do czasu kreatywne opisy produktów, wydarzeń branżowych itp. Raz trzeba było stworzyć coś w języku angielskim. Myślałyśmy, ogarniałyśmy, kumałyśmy coś o super kosmetyku. W pewnym momencie doznałam olśnienia i chciałam wykrzyknąć to tak jak Archimedes "Eureka!" i rzekłam.... "COMESTIC!". Spojrzałam na koleżankę i po jej wielkich, zdziwionych oczach zrozumiałam, że nie podziela mojego entuzjazmu co do cudowności tego słowa. "Ale co to w ogóle ma być?" zapytała. "No jak to co? Comestic, czyli cosmic cosmetic - kosmiczny kosmetyk, przecież to oczywiste".  Z sympatii wyśmiała mnie tylko delikatnie twierdząc, że to zbyt pokręcone. Później razem używałyśmy tego zwrotu, gdy chciałyśmy powiedzieć, że coś jest kosmiczne :) Najgorsze jest to, że do tej pory zdarza mi się używać go zamiast słowa "cosmetic". Wkręciło mi się to tak bardzo, że użyłam tego sformułowania na swojej wizytówce. Na pewno większość nie wie o co chodzi i uważa to za błąd, ale z czystego sentymentu puściłam te wizytówki w obieg. Mam ich jeszcze trochę, więc pewnie zmienię to gdy przyjdzie czas na dodruk .



To takie dziwniejsze przekręty językowe i faux pas, które zdarzało mi się popełnić. Na pewno nie pamiętam znamienitej większości, ale też nie zliczę ile razy zdarzyło mi się poprosić w sklepie o "godę wazowaną" albo rozmawiać o "zadach i waletach". Podziwiam osoby, które ładnie się wysławiają w każdej sytuacji. Mnie zawsze plącze się język, gdy tylko poczuję przypływ jakichkolwiek emocji.

Dajcie znać, czy spotkałyście się kiedyś z jakimś śmiesznym / dziwnym słowotwórstwem sytuacyjnym. A może Wam też się tak zdarza? :)
S.O.S. dla ciała, czyli wiosenna regeneracja

S.O.S. dla ciała, czyli wiosenna regeneracja

Przyznam się od razu bez bicia - jestem jedną z tych osób, które zimą zapominają o pielęgnacji ciała, a później nagle budzą się na wiosnę z myślą "hmmm... chyba wypadałoby coś ze sobą zrobić po zimie i na nadchodzące lato". Nie lubię się peelingować, kremować i smarować - traktuję to raczej jako obowiązek, więc produkty do tych działań dobieram w ten sposób, aby było mi łatwiej sobie z tym wszystkim poradzić. I tak o to podczas najnowszych zakupów wyklarował się mój zestaw naprawczy:



Cały proces wygląda w moim wypadku następująco:

1. Wchodzę pod prysznic i za pomocą specjalnych rękawiczek aplikuję na uda i pośladki peeling. Aktualnie posiadam cukrowy peeling do ciała z Cien o działaniu antycellulitowym. Pachnie dość chemicznie i bardzo intensywnie, ale mnie bardzo podoba się ten pomarańczowy zapach. Mam złe doświadczenia z peelingami solnymi, dlatego najczęściej wybieram te cukrowe lub kawowe. Póki co jestem po jednym użyciu peelingu z Cien i na tę chwilę nie mam zastrzeżeń.





2.  Zaraz po peelingu myję ciało żelem pod prysznic, a później nakładam grubą warstwę oliwki. W chwili obecnej jest to oliwka pielęgnacyjna sensitive z firmy Hipp. Skupiam się głównie na bokach i pośladkach nakładając na te partie najgrubszą warstwę oliwki, po czym staram się zrobić masaż tych miejsc bańkami chińskimi. Z chęcią robiłabym również taki masaż na udach, jednak ze względu na skłonność do pękających naczynek nie robię tego, gdyż naczynka byłyby tutaj bardzo widoczne. Staram się by ten zabieg trwał ok. 10 minut.



3. Gdy skończę wszystkie niezbędne zabiegi pod prysznicem, osuszam się delikatnie ręcznikiem i pozwalam wchłonąć się oliwce. Później nakładam na większość ciała balsam lub krem nawilżający. Obecnie jest to krem-booster xtra oils  z Perfecta Spa. Nie lepi się, szybko się wchłania, dlatego też nie muszę marnować czasu na stanie z założonymi rękoma,




Raczej nie mam zbyt dużo czasu, by zrobić sobie takie mini-spa w domu, ale staram się robić powyższe zabiegi przynajmniej raz, a jak się uda dwa razy w tygodniu. Mam nadzieję, że to wystarczy. Musi wystarczyć.

Dajcie znać jak zazwyczaj wygląda Wasza pielęgnacja. Dbacie kosmetycznie o swoje ciało cały rok, czy też zdarzają Wam się przerwy?
Planuję plany na wiosnę!

Planuję plany na wiosnę!

Był już tutaj plany na jesień i plany na Nowy Rok, więc dlaczego nie przygotować planów na wiosnę? :)

Nie wiem jak w Waszym wypadku, ale na mnie pogoda bardzo wpływa. Gdy widzę smutne, szare niebo, które jeszcze na dodatek płacze to mnie również jest smutno, szaro i chce mi się płakać. Gdy jednak wzejdzie słoneczko i świeci nie zmącone żadną chmurką to moje akumulatory pozytywnej energii bardzo szybko się ładują, nawet gdyby to był środek zimy stulecia (info dla młodszego pokolenia - to taka zima, gdzie było ponad 30 stopni mrozu, a śnieg sięgał powyżej. 1,60 cm wysokości).

W chwili obecnej pogoda nieco drwi, ale zdążyła połechtać już wiosennym powiewem, w czasie którego w mojej głowie ułożyły się już nieco plany na wypadek jej znacznego poprawienia.


I tak oto:

➤ muszę kupić fotelik rowerowy dla Młodej, a to dlatego że ....
➤... mam zamiar jeździć do pracy rowerem, a po drodze trzeba zawieźć ją do żłobka,
➤ zamierzam przywrócić rodzinne wypady na basen (zimą, w wielkich kurtach i z małym dzieckiem to nie bardzo - próbowaliśmy, nie polecamy),
➤ 21 kwietnia wbijam na Blog Conference Poznań 💪  (dajcie znać, jeśli też się wybieracie!)
➤ jeśli opatrzność losu będzie sprzyjać, może uda się otworzyć sezonowy biznes, który w planach jest od dawna ,
➤ przyszedł czas, by poza trawą w ogrodzie posadzić też  moje ukochane borówki!
➤będzie energia - trzeba zatem z większą siłą popracować na systematycznością (w każdej dziedzinie - praca, blog, YT, odżywianie, ćwiczenia)
➤ wrócę do regularnego czytania książek - brak mocy i niedobór snu mimo 10h spania nie uskuteczniały mi tego
➤ marzy mi się powrót do figury sprzed kilku lat - jeśli starczy mi sił to zawalczę, ale na chwile obecną nie jest to mój największy priorytet

Oczywiście to nie wszystko... Są sprawy, które, że tak powiem, należy mieć w planach z samej mocy urzędowej. No i oczywiście nigdy nie wykluczone, że po drodze w głowie narysuje się jeszcze coś innego lub zmieni kształt.

A Wy macie plany na wiosnę? A może planem jest brak planów? :) 
Zdjęcie z Eleganckiej Rowerowej Masy Krytycznej. Nawet wyróżnienie wtedy dostałam :)

 
Basen z dzieckiem to super sprawa!



Chcę znowu móc wbić się w tą kieckę! btw najniższa waga w całym moim życiu

Adaptacja w żłobku. Perspektywa dziecka i mamy

Adaptacja w żłobku. Perspektywa dziecka i mamy

Dzień dobry Wszystkim.

Przychodzę dzisiaj z tematem o jednym z przełomowych zmian w życiu zarówno dziecka jak i rodzica (w większości wypadków matek).



Co zrobić z dzieckiem po urlopie macierzyńskim?


Enigmy tu żadnej nie ma - tytuł wszystko wyjaśnia. Czytając różne fora i blogi na temat wychowywania dzieci zauważyłam diametralnie różne poglądy związane z opieką nad dzieckiem, co oczywiście jest piękne, gdy każdy ma swoje zdanie, jednak nie gdy narzuca je innym, a czasem w takich internetowych społecznościach się to zdarza. Do rzeczy - jedne mamy twierdzą, że skoro zdecydowały się na macierzyństwo, to muszą się poświęcić i zrezygnować z kariery, bo jak tak zostawić dziecko w przechowalni (żłobek/przedszkole) albo obcej osobie (niani) i do czasu obowiązku szkolnego dziecię powinno zostać pod opieką rodzica. Inne zaś nazywają to lenistwem i wracają do pracy, gdy dziecko ma 5-6 miesięcy, bo to strata czasu. Zdarzają się też tacy, co nie mogą sobie po prostu pozwolić na pozostanie w domu ze względów finansowych, a z tego samego powodu są też tacy, którym nie opłaca się wracać, bo żłobek/niania są droższe niż potencjalny zarobek.

Myślę, że to sprawa bardzo indywidualna. A jak to wyglądało u mnie?


 Babcia najlepszą nianią, ale....


Macierzyństwo bardzo mi się podoba i za nic nie oddałabym pierwszego roku spędzonego z moją córką. Przyszedł jednak czas, żeby wrócić do pracy - w naszej sytuacji się to po prostu opłacało. Gdy Młoda skończyła rok, wróciłam do pracy, a ona została pod skrzydłami Babci. Plan był taki, że Babcia ją przezimuje, a później ewentualnie poszukamy żłobka, chyba że zdarzyłoby się, że Babcia będzie się czuć na tyle dobrze, że zostanie z nią dłużej. Plusy były takie, że nigdzie nie trzeba było Młodej wozić, mogła spać tak długo jak chciała (8:30-9:30), była we własnych kątach razem z Babcią, z którą czuje się bezpiecznie. No i oczywiście nic nas to nie kosztowało. Minusem było to, że Babcia raz na 2 miesiące musiała jechać na badania i do lekarza w innym mieście, więc nie było jej tydzień i też zdarzało jej się zachorować ze względu na słabą odporność. W takim wypadku musiałam brać urlop, którego całe szczęście miałam w zanadrzu. Pierwsze parę dni bardzo mi jej brakowało, dzwoniłam kilka razy pytać co tam i jak tam, a jak się okazało - wszystko ok. Nawet nie zauważyła jak wyszłam, a jak wróciłam to spojrzała na mnie z radością, ale wracała dalej do zabawy. Zniosła to bez żadnych trudów, więc i ja byłam spokojna.




Wybór najlepszego żłobka


Sprawa nieco się pokomplikowała, gdy po niecałych 3 miesiącach opieki Babcia mocno się potłukła. Całe szczęście nic nie złamała, ale ból przy ruszaniu się miał trwać nawet do miesiąca. W tym czasie przez parę dni udało mi się pracować zdalnie i mieć Młodą na oku i w tym czasie obdzwaniałam wszystkie żłobki. Myślałam, że nie będzie problemu, bo w okolicy jest ich naprawdę dużo - same prywatne co prawda, ale wybór jest. I co się oczywiście okazało - w większości wolne miejsca miały być dopiero za kilka miesięcy... Udało mi się znaleźć dwa żłobki, gdzie miejsce było od zaraz. Pierwszy był najbliżej nas, ok. 1.5 km od domu. Całkiem super. Natomiast w środku było dość ponuro i nie zrobiło to na mnie najlepszego wrażenia. Druga kwestia to zabójcza cena. 1200 zł z wyżywieniem?! No tak, są przecież dotacje - można liczyć, że przez pierwszy rok odliczy się ok. 140 zł z dotacji. Mimo wszystko skierowałam się do drugiego żłobka. Przygotowałam listę pytań i wątpliwości, a odpowiedź na nie mnie usatysfakcjonowała. Cena była bardzo dobra, a lokalizacja dogodna - po drodze do i z mojej pracy. Udało się nawet na następny dzień zacząć adaptację.



Okres adaptacji w żłobku


Pytałam dyrekcję jak to w ogóle wygląda, a oni tam podchodzili do tego bardzo na luzie. Miałam przyjść z Młodą na początek na kilka godzin dziennie, później jak będzie gotowa coraz dłużej, a proces ten miał trwać tyle ile dziecko potrzebuje. Po tym czasie miałam zdecydować, czy to odpowiednia placówka wg mnie i czy wszystko pasuje - wówczas była podpisywana umowa i ewentualne płatności.

Adaptację zaczęliśmy w czwartek. Przyszliśmy na 9:00. W tym czasie razem z Młodą była trójka dzieci w jej grupie, w tym jeszcze jedno także w trakcie adaptacji. Łącznie grupa miała liczyć 6 dzieci. Młoda chwilę się pokręciła zadowolona, że widzi inne dzieci (a bardzo lubi być wśród dzieci) i nowe zabawki, a później poszła jeść śniadanie. Śniadanie było na sali ze starszymi dziećmi (2+), ale maluchy miały dla siebie krzesełka do karmienia. Zjadła bardzo ładnie i poszła bawić się dalej. Powiem nieskromnie, ale prawdziwie, że Panie nauczycielki były od początku bardzo nią zachwycone, bo dużo się śmieje, bawi się ładnie, specyficznie się porusza (na pupie - tak śmiesznie) i ma ładne, duże oczy ;-) Od razu okrzyknęły ją ulubienicą.
Zabawa trwała do godziny 11:15, kiedy to podano pierwsze danie - zupkę. Bardzo lubi zupy, więc ładnie zjadła i koło godziny 11;30 wróciłyśmy do domu, a reszta dzieci szykowała się na drzemkę.

Piątek - dzień drugi. Pojawiłyśmy się chwilę przed 9:00. Przyniosłam parę niezbędnych rzeczy jak pieluszki, chusteczki, śliniak i ulubioną butelkę z piciem. Śniadanie wyglądało podobnie, a później nauczycielka zaproponowała, że w przyszłym tygodniu powinnam wyjść na chwilę, żeby Młoda przyzwyczajała się do mojej nieobecności. Powiedziałam od razu, że mogę wyjść już teraz, a ona pewnie nawet nie zauważy, bo tak dobrze się bawi. Wyszłam więc, wróciłam po 40 minutach, a ona faktycznie nic nie zauważyła. Zmartwiłam tym trochę drugą mamę, która z synem adaptowała się już tydzień, a  nie mogła zejść mu z oczu nawet na 15 minut. Wróciłyśmy tak jak poprzedniego dnia po zupce.

W poniedziałek mieliśmy pilny wyjazd, więc w żłobku pojawiłyśmy się ponownie we wtorek. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba już wtedy zostawiłam ją samą - wyszłam po śniadaniu, zostawiając wcześniej kocyk, poduszkę i misia do spania i miałam wrócić po drzemce. Wróciłam do domu, miałam czas na sprzątanie, ale cały czas myślałam o tym, czy uda jej się usnąć. W domu to jednak miała rytuał - duża ciemność, własne łóżeczko, cisza i spokój, a tu na sali jednak była z kilkunastoma dziećmi. Uspokoił mnie jednak mms od nauczycielki ze zdjęciem słodko śpiącej mojej Małej. Wróciłam jeszcze jak spała, bo chciałam  to zobaczyć na własne oczy. Jak się obudziła to tylko na mnie spojrzała i zaczęła bawić się z dziećmi. Zjadła drugie danie i wróciłyśmy do domu koło 14:00.

Środa i czwartek przebiegły bardzo podobnie, w piątek natomiast zawiozłam ją na 8;00 i zabrałam o 15:00.

Z relacji nauczycielek wynikało, że ani razu nie było z nią problemu. Nie płakała, nie marudziła, tylko ładnie się bawiła i wzorowa jadła. Raz tylko nie chciała spać, ale grzecznie sobie leżała.




Żłobek na pełen etat


Od następnego tygodnia przyszedł czas na mój powrót do pracy, a co za tym idzie zostawienie Młodej na pełen etat w żłobku. Zawoziłam ją i zawożę do tej pory na 7:30, a odbieram koło 16.20, co oznacza , że zostaje tam prawie 9 godzin. Co mnie bardzo dziwi to to, że gdy ją zostawiam i gdy odbieram to w żłobku jest tylko kilkoro dzieci, więc większość z nich przebywa tam znacznie krócej. Przez pierwsze dwa dni pełnego etatu było tak jak podczas adaptacji, natomiast w kolejnych dniach Młoda zaczęła płakać, gdy miałam zostawić ją na sali i tulić się do mnie. Niestety muszę  ją zostawiać nieco na siłę - serce mi wtedy pęka, ale tak naprawdę trwa to tylko minutę, bo Ciocie zaraz zabierają ją do dzieci i zaczyna się z nimi bawić. Czas przewidziany na drzemkę w żłobku to 1.5 h, ale nie zawsze uda jej się tyle spać- czasami dlatego, że długo się ją usypia, a czasem dlatego, że inne dzieci (zazwyczaj w trakcie adaptacji) płaczą i budzą pozostałe dzieci. Nawet jeśli śpi całą drzemkę to dla niej i tak jest mało - w domu potrafi w popołudniowej drzemce przespać zazwyczaj od 2 do 2.5 godziny. Zawsze gdy ją odbieram widzę, że Ciocia musi trzymać ją na rękach, bo po godzinie 15 już zaczyna być zmęczona i marudna. Jak tylko mnie widzi to albo śmieje się albo też czasem płacze z radości. Pytam zawsze wtedy o relacje z danego dnia i okazuje się, że w ciągu dnia wszystko gra - jest wesoła, bawi się i ładnie je, ale problem zaczyna się właśnie koło godziny 15 lub 15:30.

Gdybym miała możliwość to z chęcią zabierałabym ją godzinę lub dwie wcześniej. Mimo wszystko uważam, ze cały proces przeszła bardzo dzielnie i w żłobku również dobrze się sprawuje. Już po kilku tygodniach widzę jak bardzo się usamodzielniła w kwestii nauki jedzenia. Dodatkowo ma kontakt z innymi dziećmi, wśród których uwielbia przebywać. Mnie też było łatwiej wiedząc, że nie ma z nią kłopotów. Żal mi tylko za każdym razem, gdy ją tam zostawiam, bo przykro mi, jak widzę, że płacze i chce ze mną zostać. Słyszałam, ze wiele mam płacze, gdy musi rozstać się z dzieckiem zostawiając je w żłobku/przedszkolu. Myślałam, że ja również będę płakać, ale wszystko poszło tak niespodziewanie gładko, że w zasadzie nie miałam powodu.

Z chęcią poznam jednak Wasze historie. Jak wyglądała Wasza przygoda ze żłobkiem lub przedszkolem? A może zostaliście z dzieckiem w domu lub mieliście opiekunkę? 



 
6 najlepszych filmowych tytułów

6 najlepszych filmowych tytułów



Natchniona powiewem wiosny i obejrzeniem ostatnio jednego z moich ulubionych filmów, postanowiłam podzielić się z Wami listą moich najulubieńszych w świecie filmów. Jestem pewna, że części z Was nie przypadną one do gustu. Możecie uznać je za zwyczajne, beznadziejne lub zbyt pojechane. I przyznam od razu - niektóre z tej listy uważam za wybitne, natomiast do części mam po prostu sentyment, ale zasługują, by nazwać je moimi ulubionymi.


Ciężko mi jest ustawić je w kolejności według najbardziej lubianych, dlatego kolejność jest losowa.


Czarny łabędź (Black Swan)





Psychodeliczny, nieco mroczny, odrobinę zakręcony i budujący napięcie film. Pięknie pokazane jakie mogą być skutki maniakalnego perfekcjonizmu ujętego w obrazie słynnego baletu  "Jeziora łabędziego". Nie można również nie docenić kunsztu ujęć kamery idealnie oddających taniec baletowy.

Strażnicy (The Watchman)



Konwencja komiksowa, co na pewno nie każdemu pasuje. Ktoś ze znajomych powiedział mi, że to podróbka Sin City. Może i tak, ale dla mnie nie o to tu chodzi. Historia superbohaterów pokazana na tle zagrożenia trzecią wojną światową i unicestwienia świata bombą masowego rażenia. Mnogość wątków i wynikające z nich prawdy życiowe, liczne retrospekcje i przede wszystkim idea pokazana w ostatnich scenach filmów jest czymś, czego nie widziałam w żadnym innym filmie i co  wbija mnie w ziemię za każdym razem, gdy oglądam ten film. A że film jest specyficzny, niektórzy nie chcą się do niego przekonać. Ręka w górę, kto zna i także uwielbia ten film?


Forest Gump


 Jak dla mnie klasyka gatunku. Nie przepadam za filmami obyczajowymi i pochodnymi takowych, ale jak tu nie lubić klasyki? Piękna historia, choć raczej powinnam napisać piękna w swej prostocie. Jeśli po obejrzeniu filmu mam uczucie zadumy i rozmyślam nad poruszonymi w nim kwestiami to znaczy, że musiał to być dobry film.


Pan życia i śmierci (Lord of War)



 Patrząc na najnowsze produkcje filmowe Pan życia i śmierci nie wybija się niczym szczególnym. Tak jak wspomniałam jednak we wstępie - jest to film, do którego mam sentyment. Składa się na niego kilka kwestii, które występują w filmie - walka z wewnętrznym poczuciem etyki, wybór między robieniem intratnych interesów a rodziną, znajdowanie granicy, kiedy spełnianie naszych marzeń daje nam satysfakcję, a kiedy zaczyna zatruwać życie...  Ten film na pewno nie jest płaski i dobitnie pokazuje wartościowy przekaz.

Infiltracja



O gwiazdorskiej obsadzie nawet nie będę się rozpisywać, ale ten film także spełnia moje osobiste preferencje, jakie mam wobec kinematografii. Dużo zamieszania, afera, podwójni agenci, zbiegi okoliczności, gonienie własnego ogona, krew, mafia, dochodzenie... Brzmi jak podstawy scenariusza do wielu znanych filmów, ale w tym zostało to ujęte bardzo logicznie i daje widzowi do myślenia. 

 

Amelia



Ponownie rodzaj filmu, których nie lubię. I na dodatek francuski, a ja bardzo nie lubię słuchać fracowania. To jednak mocne dowody na to, jak przypadł mi do gustu ten film. Historia dziewczyny, która przez jedno małe drobne wydarzenie zaczyna uszczęśliwiać ludzi. Przepełniony radością, pozytywną energią i sprawiający uczucia ciepła w środku - tak mogłabym go podsumować. I po jego obejrzeniu sama mam ochotę wywoływać uśmiech na twarzach innych.

To moja wystrzałowa szóstka. Dajcie znać czy znacie te filmy lub jakie są Wasze ulubione i dlaczego?
Szampon i maska do włosów z keratyną Cien Proffesional

Szampon i maska do włosów z keratyną Cien Proffesional

Dzisiaj krótka recenzja całkiem dobrych moim zdaniem dyskontowych produktów do włosów ☺



Kolejny mój zakup produktu marki Cien z Lidla spowodowany został okazją i potrzebą zarazem. Jak co tydzień przechadzałam się wśród lidlowych półek i regałów w poszukiwaniu niezbędnych do życia produktów spożywczych, aby światełko w lodówce oraz kuchenne szafki nie były samotne. Krocząc alejką z chemią gospodarczą miałam z tyłu głowy myśl, że po zakupach będzie trzeba skoczyć do pobliskiego Rossmanna po jakąś odżywkę lub maskę na moje biedne, matowe włosy. Tak sobie idę, idę, a wtem - patrzę i... widzę! Widzę tę etykietkę na czerwonym tudzież pomarańczowym tle dającą sygnał moim neuronom mózgowym, że coś tu pachnie promocją. I byłą to o to rzecz, którą zapewne przyciągnęłam myślami - maska do włosów! I to z keratyną - takie zazwyczaj mi służą. Przecena z 6 zł na niecałe 4 złocisze - bierę! Gdyby nie promocja pewnie nie zauważyłabym tych produktów, które, umówmy się - bez promo kosztują tyle co barszcz. Aha - i zaoszczędziłam czas nie idąc do drogerii ;)
 I tak o to wygląda moja maska do włosów z keratyną z Cien Proffesional:


Dla chętnych obietnice, sposób użycia i skład:


Moje, długie od jakiegoś czasu, włosy zaczęły się plątać - ciężko było je rozczesać, a dodatkowo bez użycia maski są bardzo matowe i wyglądają na zniszczone (a nawet nie używam suszarki...) Włosy po tej masce są bardziej lśniące (choć nie tak jak na reklamach) i nie ma żadnego problemu z ich rozczesaniem po myciu. Dużym plusem jest to, że wystarczy ją trzymać na głowie tylko chwilę  - te 2 minuty naprawdę wystarczają. Dodatkowo konsystencja tej maski jest dość gęsta i nie potrzeba używać jej w dużych ilościach, dzięki czemu jest wydajna. Stosuję ją raz w tygodniu. Kupię ją ponownie, jeśli mi skończy i co tam - dam za nią nawet te 6 zł bez promocji, a co!
Jakiś czas później historia się powtórzyła, tylko zamiast maski potrzebny był mi szampon. Wiedząc, że maska z tej serii mi się sprawdziła, wzięłam do domu ze sobą szampon z keratyną Cien Proffesional:


Tak jak poprzednio trochę literatury:



Pierwszy raz mam produkt, który jest szamponem w opakowaniu takim jak maska czy odżywka. Moje obawy, że będę mylić pod prysznicem szampon z posiadaną już maską okazały się słuszne, jednak nie było większych strat.

Co do działania - ciężko mi cokolwiek konstruktywnego napisać, bo... w zasadzie ten szampon nic specjalnego nie robi. Myje moje włosy i wydaje mi się, że trochę też mam przez niego odrobinę łupieżu. Włosy są może troszkę gładsze niż normalnie albo po prostu chcę je takimi widzieć. Wykończę opakowanie do końca i raczej rozejrzę się za czymś innym.

Cieszę się, że przetestowałam tę serię. Jeśli się nie mylę to dostępna jest jeszcze odżywka, na którą - kto wie, może się skuszę. Nie mam jednak do niej oczekiwać, bo maska okazałą się super, natomiast szampon nie bardzo co właśnie pokazuje, że nie zawsze całe seria produktów może robić szał.

Znacie te produkty? Kupujecie kosmetyki marki Cien lub z innych dyskontów?
Warte uwagi: paletki cieni do powiek z Aliexpress

Warte uwagi: paletki cieni do powiek z Aliexpress

Witam Was po dłuższym czasie czymś kolorowym, bardzo fajnym i kosmetycznym! Choć lubię sprawdzać i testować nowe kosmetyki to w pewnym sensie jestem w tym względzie minimalistką - to, co okaże się dobre i pewne zostaje ze mną na dłużej. Najbardziej lubię, gdy te sprawdzone produkty są w dobrej cenie :) 

Lwią część mojej cieniowej kolekcji stanowią produkty marki Inglot oraz Make Up Revolution. Wzięła mnie jednak chęć na nowe kolory idące w stronę burgundów, bordo i czerwieni. Tak się złożyło, że przeglądając jedną grup na facebooku o zakupach na Aliexpress zobaczyłam recenzje dwóch poniżej prezentowanych paletek. Po sprawdzeniu opinii i komentarzy na ich temat postanowiłam się na nie skusić, bo zawierały interesujące mnie kolory <3 

(jeśli nie orientujecie się za dobrze w zakupach na tej chińskiej stronce, zapraszam do artykułu o tym jak mądrze kupować na Aliexpress)

O to i one:


 

TZ Cosmetix Twilight Eyeshadow






Piękne, nieprawdaż? W niewielkiej, tekturowej paletce zostało zamkniętych 9 cudownych cieni, wśród których znajdziemy zarówno maty, brokaty jak i satyny/folie. Opakowanie ciekawe - w trupią czaszkę i pajęczyny, ale wykończenie absolutnie nie jest tandetne. Zainstalowane małe lusterko może zdać się całkiem pomocne.

Kolory prezentują się mniej więcej tak:



Niestety, moja niezdolność do robienia pięknych swatch'y nie pozwala dokładnie przybliżyć właściwego efektu, jakie dają te cienie, ale mam nadzieję, że taki podgląd pokaże choć trochę to, jakie są piękne. 

Wszystkie cienie mają bardzo dobrą pigmentację. Matowe mogą wydawać się dość kredowe, ale na oku dają ładny efekt. Mogą się nieco osypywać, poza ... UWAGA.... czarnym cieniem. Lubię używać go czasami zamiast eyelinera w pisaku czy żelu, nawet po zrobionym makijażu twarzy, bo mam pewność, że się nie osypie. Cienie brokatowe są przeze mnie najmniej używane, bo po prostu najmniej takie preferuje, ale nie mam im nic do zarzucenia - drobinki zostają na powiece razem z cieniem, co nie zawsze się zdarza przy tanich cieniach.  No i teraz hit - cienie satynowe, a w zasadzie nawet foliowe - trzymają się baaardzo długo na powiekach, pięknie odbijają światło. Namiętnie maltretuję ten zielony/seledynowy oraz ten... brązowy, co wygląda jak butelkowa zieleń, bo jest to kameleon, który posiada w sobie iskrzące zielone drobinki. 

Podsumowując: po kilku miesiącach użytkowania jestem bardzo zadowolona z tej palety. Chciałabym napisać, że to dobre przełożenie ceny do jakości, ale jakość jest zdecydowanie lepsza, niż cena by na to wskazywała. 

Cena: 29.66 - tyle płaciłam, ale teraz zdaje się jest drożej

Link do palety znajdziecie tutaj.

Impressed you Beauty Glazed










Nie pochwalam kupowania "podróbek" oryginalnych produktów i jak się okazuje - właśnie to zrobiłam, bo ta paleta jest wzorowana na MORPHE Jaclyn Hill. Szczerze mówiąc, nigdy o oryginale nie słyszałam i dowiedziałam się o tym po zakupie mojej palety, mimo wszystko nie żałuję i nawet gdybym wiedziała o tym wcześniej, to znając jakość tej palety zdecydowałabym się na jej zakup ponownie. Jest tego WARTA.

Duże, kartonowe opakowanie zawiera 35 dość małych cieni. Znajdują się tu maty i satyny baaaradzo dobrze napigmentowane. Nie ma problemu nawet z najjaśniejszymi, matowymi cieniami, które łatwo się nakładają i są widoczne na powiece dzięki kremowej konsystencji. Maty osypują się delikatnie, dlatego w tym wypadku nie zaryzykowałabym nakładania ich po nałożeniu makijażu twarzy lub bez wcześniejszego zabezpieczenia go. Cieszy mnie bardzo ta znaczna ilość burgudowo-czerwonych, na których tak mi zależało.

Używam tej palety codziennie, tylko jedyne czego mi brakuje to kilku neutralnych cieni lub w takich w chłodniejszym odcieniu, które można by użyć w załamanie powieki. Biorąc jednak pod uwagę cenę to nie ma absolutnie co narzekać.

Cena: płaciłam 20.99 zł, teraz znacznie drożej, ale wciąż warto.

Link do palety jest tutaj.

Podobają Wam się te paletki? A może sami macie swoje kosmetyczne hity z Aliespress? 
Copyright © 2014 Paulenta - Subiektywny blog kobiecy , Blogger